niedziela, 16 sierpnia 2015

Grzechy szkolnictwa, marzenia o szkole bez ocen i kilka słów nauczycielach - to w części drugiej wywiadu z p. Urszulą Setlak

Zjawisko fizyczne - przykładowe zdjęcie na konkurs dla uczniów p. Urszuli Setlak

A.R.: Co z tą szkołą? Czy można zmienić ten zastygły system szkolnictwa? Jak uczą się dzisiejsi uczniowie?

U.S.: Uważam, że największym grzechem polskiego szkolnictwa było wprowadzenie gimnazjów. Szkody są dziś wymierne i chyba nieodwracalne. Poziom nauczania dramatycznie spadł, nauczyciele zamiast tutorów stali się wyrobnikami norm, a uczniowie zatracili chęć zdobywania wiedzy dla niej samej.

W dzisiejszym systemie uczniowie co trzy lata mają egzamin sprawdzający - tzw. test kompetencji po klasie trzeciej, egzamin szóstoklasisty, gimnazjalny i na koniec matura.

Doszło do tego, że nie zdobywają wiedzy, a tylko uczą się do egzaminu. Prace klasowe także są opracowywane w formie przygotowującej  do testu, żeby uczniowie mogli pokonać stres, gdy widzą kartkę z pytaniami. Kuratorium nie interesuje rozbudzanie zainteresowań wśród uczniów, tylko wyniki testów. To koszmarny błąd.

Sama spotkałam się z tym, że kiedy uczniowie słyszeli, że czegoś nie będzie na egzaminie, przestali pracować. Dla podkreślenia wagi jakiegoś materiału należy wręcz dodać, że to właśnie pojawia się na egzaminach. Dziś nie chodzi o to, żeby zdobyć wiedzę i umiejętności, ale o to, żeby nauczyć się do egzaminu, bo bez dobrego wyniku nie dostanę się do lepszej klasy, lepszego gimnazjum, lepszego liceum i tak aż po wybór najlepszych studiów. Próbowałam z tym walczyć, na przykład wprowadzając częściowo tzw. ocenianie kształtujące. Polega ono na tym, że nie wystawia się oceny, tylko opisuje błędy, braki i wskazuje, co uczeń powinien poprawić. Niestety wielokrotnie słyszałam od uczniów: " Ale po co się uczyć, skoro nie będzie z tego oceny?"
 
To bardzo ciekawa metoda, ale w liceum jest już na nią zwyczajnie za późno. Uczniowie są już tak wytresowani przez system, że nie potrafią od niego odejść.

System szkolnictwa w Polsce nie sprawdza się na żadnym etapie edukacyjnym. W czwartej klasie nauczyciele lamentują, że przychodzą dzieci, które coraz mniej umieją. W gimnazjum lament się powtarza, z naciskiem na: "Niczego was w tej podstawówce nie nauczyli?". 
W liceum jest już rozpacz, bo mamy półtora roku (dawniej niecałe trzy lata; teraz pierwsze klasa nie zawiera żadnych rozszerzeń i jest rokiem straconym) na natychmiastowe wtłoczenie uczniom do głowy tego, co może pojawić się na maturze. 
A gdzie czas na rozbudzanie zainteresowań uczniów?

Jak się można domyślić, na studia trafiają zatem osoby, które do tych studiów kompletnie nie są przygotowane i zaczynają od kursów podstawowych, które mają oficjalnie wyrównać poziom, a w rzeczywistości nauczyć podstaw w danej materii. Dotyczy to wszystkich przedmiotów - od fizyki po język angielski.

A.R.: A co dzieje się z nauczycielami?

U.S.: Do tego właśnie dochodzi jeszcze problem z nauczycielami, którzy nie potrafią odnaleźć się w świecie nowych technologii, więc unikają ich jak ognia. Jak wspomniana wcześniej wychowawczyni  mojej córki - gdy mówi, że moje dziecko kłamie, bo twierdzi, że robimy zakupy przez internet, to chyba czas by odeszła jednak na emeryturę...

Nie wyobrażam sobie, bym mogła zabronić uczniom korzystania z telefonów na lekcji, skoro uczę ich, jak powstają nowe technologie. Mamy oczywiście umowę, w jakim zakresie nie należy z telefonu korzystać, ale jeśli ktoś chce wyszukać ciekawostkę dotyczącą naszego tematu, to przecież wzbogaci to tylko naszą lekcję. Za pomocą telefonu można przeprowadzić ciekawe quizy, gry itp.

Moi uczniowie mają także moją zgodę na nagrywanie naszych lekcji. Jeśli to może im pomóc w późniejszym przygotowaniu do pracy klasowej, to czemu nie? Bywa, że nauczyciele denerwują się i pytają: " A co, jak się pomylisz, a oni to nagrają?" Jak to co?

Pomogą mi wyszukać błąd i więcej go nie popełnię. Przecież lekcja to nasza współpraca, a nie mój jednoosobowy występ.

Ciekawe, że odkąd uczniowie mają oficjalną zgodę, nie ma tak wielu chętnych na nagrywanie.

Usłyszałam kiedyś na jednym ze szkoleń, że praca nauczyciela to najbardziej samotny zawód na świecie. Jeśli ktoś czuje się samotny wśród 20 - 30 młodych osób, które targane są jeszcze wszelkimi emocjami, mają przed sobą całą przyszłość i nie mają w sobie nic ze zgorzkniałości rozczarowanych pracowników korporacji to zdecydowanie musi zmienić pracę.


A.R.: To jak mogłaby wyglądać edukacja?

U.S.: Marzy mi się szkoła, w której wcale nie ma ocen. Nie ma też tego jednego, jedynego egzaminu, który miałby decydować o całej przyszłości młodego człowieka. Jednak mam świadomość, że w dzisiejszych czasach musimy umieć porównać osiągnięcia uczniów ze wszystkich szkół. Do tego dotychczas służyły właśnie oceny i egzaminy. Może jednak poszukać lepszych rozwiązań? Zdaję sobie sprawę, że to utopia, ale chciałabym, żeby uczniowie przychodzili na lekcję dlatego, że chcą się czegoś nauczyć albo wspólnie coś opracować, a nie dlatego, że będą mieli nieobecność. 

Jest jeszcze jeden problem. Podręczniki.

A.R.: Są złe?

U.S.: Nie w tym rzecz. Dziś informacje najszybciej pojawiają się w sieci, a uczniowie potrafią do nich dotrzeć szybciej, niż my powiemy "internet". Nie możemy więc opierać się wyłącznie na pracy z książką. Trzeba rozszerzać pomoce o odpowiednio dobrane, dobre źródła i programy interaktywne. Wielu nauczycieli nie jest na to gotowych. Byłam świadkiem lekcji fizyki dotyczącej promieniotwórczości, na której tak świetny i medialny temat został poprowadzony następująco: pani sprawdziła listę obecności, podała uczniom stronę w książce, odczekała 15 minut, a następnie przeszła do pytań na końcu rozdziału. Uczniowie, na podstawie  przeczytanej notatki, musieli po kolei udzielać odpowiedzi na pytania autora podręcznika... Ja sobie takiej lekcji po prostu nie wyobrażam. Do naszych zadań także należy wskazanie uczniom ciekawych źródeł informacji, nauczenie jak rozróżnić poważne źródła od tych wprowadzających zamęt, ale także być otwartym na ich propozycje i gotowym do weryfikacji znanych im źródeł. Tak jak rodzice kontrolują filmy oglądane przez ich pociechy, tak nauczyciel powinien mieć wpływ na odpowiedni dobór źródeł swoich uczniów.

Musimy zadbać o to, by nasi uczniowie potrafili samodzielnie podejmować decyzje i nie bali się walczyć o swoje zdanie.


Koniec części drugiej - cdn.


W kolejnej już ostatniej części tego emocjonującego zarówno dla rodziców, nauczycieli jak i uczniów wywiadu:
- Czy nastolatki to "bandziory"?
- I p. Urszula obali sens pytania: " I co ty będziesz robić, po tych studiach?'' (nomen omen i ja je kiedyś usłyszałam)

Urszula Setlak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz