poniedziałek, 14 września 2015

Zmień szkołę na Mikroszkołę!

Pojawiła się ciekawa inicjatywa rodzicielska.
Rodzice, mają dość państwowego szkolnictwa, chcą innego nauczania dla swoich dzieci.
- Jakiego?
- Zgodnego z rozwojem ich pociech, indywidualnego, z elementami pedagogiki Montessori, bez kar i nagród.
- Da się?
- Jasne, że tak, ale przy założeniu, że nie przychodzi się na gotowe, ale chce się szkołę współtworzyć.
Mikroszkoła, jest placówką, w której najważniejsze są dzieci i wartości w duchu których są wychowywane. Można przytoczyć słowa Magdy Foks, że ta placówka jest aktem antysystemowym, chroniącym dzieci przed zbyt wczesnym posyłaniem do szkoły, przepełnionymi salami, systemem dwuzmianowym itd.

Cztery rodziny postanowiły, zmierzyć się z zadaniem organizacji tej niezwykłej szkoły*.
Wśród nich Magdalena i Mikołaj Foksowie. Ona - teatrolog z wykształcenia, pracuje w domu kultury (Artystycznym Domu Animacji DK Włochy) i prowadzi swoją Fundację Stare Nowe Moje Włochy, uśmiechnięta, promieniejąca pasją i entuzjazmem, On - były dziennikarz radiowy i telewizyjny, specjalista PR, otwarty, pełny energii.

Trafiłyśmy w sam środek przygotowań do pierwszego dnia szkoły, gdyby porównać - determinację do balona, z jaką wszyscy tam pracowali, to byłby on bliski wybuchu!

Organem założycielskim szkoły jest Szkoła Wyższa Przymierza Rodzin, która od strony prawno - administracyjnej udziela pomocy rodzicielskim inicjatywom. Stąd też zaadaptowane pomieszczenie, które spełnia wszelkie wymogi stawiane (część domu w dzielnicy Włochy) przez Ministerstwo Edukacji. 

Szkołę tworzą rodziny, rodzice są jej bardzo ważną częścią i współdecydują o kierunku, w którym chcą by szkoła się rozwijała.


A.R:Jak to się zaczęło?


M.F: Ponad rok temu usłyszeliśmy o pomyśle Wyższej Szkoły Przymierza Rodzin, by stworzyć sieć Mikroszkół. Temat ten, jednak został przez nas odłożony na półkę, wróciliśmy do niego ponad pół roku temu. Podjęliśmy decyzję o tym, że chcemy założyć Mikroszkołę. Wyższa Szkoła Przymierza Rodzin wsparła nas merytorycznie i organizacyjnie. Chcieliśmy założyć placówkę niestandardową.

Poszukiwanie lokalu trwało długo i nie było łatwo zdobyć wiedzę na temat tego, jak to miejsce powinno wyglądać, jakie wymogi powinno spełniać. Udało się znaleźć właściwy budynek przy ul. Mikołajowskiej 42 we Włochach. Szkoła jest zaakceptowana przez Kuratorium Oświaty.

A.R: Kto uczy w Waszej szkole w Mikroszkole?


Pani Dominika Gontkiewicz**, posiadająca międzynarodowy Dyplom Nauczyciela Montessori i wieloletnie doświadczenie w nauczaniu. 


D.G: Zdecydowałam się na pracę w Mikroszkole, ponieważ zależy mi na przyjaznej atmosferze, w miejscu, które jest tworzone wspólnie z rodzicami. Oddałam się temu projektowi i jest to dla mnie coś nowego. Mikroszkoła ma ogromny potencjał. Grupa będzie mała do 16 uczniów i będzie mieszana wiekowo, I-III klasa. Rodzice dają szkole i mi ogromne wsparcie. Jest to wymarzona sytuacja. 

Dzieci będą pracować zgodnie z pedagogiką Montessori. Szkoła zostanie stopniowo wyposażana w pomoce montessoriańkie, ze względu na ich wysoką cenę. Zależy mi, na jak najlepszym przygotowaniu otoczenia dla dzieci, by w pełni wydobyć i wykorzystać ich możliwości. Na pewno, wiele pomocy, będzie robionych indywidualnie dla poszczególnych dzieci w odpowiedzi na ich potrzeby i pasje. Pedagogika Montessori, daje możliwość wychodzenia ponad podstawę programową i swobodnego rozwijania się, zgodnie z wewnętrznym programem dziecka.
Planuję prowadzić zajęcia dydaktyczne od godziny 8:30 do 13:30. Jeżeli rodzice zdecydują, że dzieci mają potrzebę uczestniczenia w dodatkowych zajęciach popołudniowych, będziemy wspólnie takie zajęcia organizować. 

A.R: Czy w Mikroszkole będą podręczniki szkolne?


D.G : Tak, będą podręczniki, bo tego wymaga podstawa programowa, ale z doświadczenia wiem, że program, który realizują często dzieciom nie wystarcza. Mogą robić więcej i chcą robić więcej, niż zakłada Ministerstwo Oświaty, nie muszą w I kl. liczyć tylko do 10, mogą liczyć do tylu, do ilu są gotowe to robić np. do 100 lub do 1000.


A.R: Kara i nagroda, jaki macie do nich stosunek?


D.G: W pedagogice Montessori nie funkcjonują kary i nagrody. Nie ma ocen, nie ma plusów i minusów. Zależy nam na tym, by dziecko znalazło wewnętrzną chęć i motywację do działania, uczenia się. To nie znaczy, że nie będę mogła pochwalić np. ładnego rysunku, ale ocen za wykonaną pracę nie będzie. Wykorzystywać będziemy ocenę opisową.


A.R: Otwieracie Mikroszkołę, więc rozpoczynacie od grupy w klasach I-III, jak będzie wyglądało nauczanie w klasach starszych?


M.F: Na razie jesteśmy skupieni na nauczaniu w klasach I-III. W starszych klasach są potrzebni nauczyciele przedmiotowi. Będziemy poszukiwać wszechstronnych nauczycieli, kiedy nadejdzie taka potrzeba. Rozwiązanie tej kwestii, będzie na pewno łatwiejsze, dzięki zdobytym doświadczeniom przy zakładaniu Mikroszkoły. To jest temat do rozpatrzenia przez naszą zawiązującą się społeczność oraz SWPR, która jest naszym organem prowadzącym.


A.R. SWPR jest waszym mentorem?



M.F: Zdecydowaliśmy się na założenie Mikroszkoły zamiast "nieformalnej" grupy edukacji domowej, ze względu na możliwość czerpania doświadczenia i wsparcie od SWPR. To jest ich projekt, my rodzice jesteśmy grupą wykonawczą. Mamy w nich wsparcie instytucjonalne. Oni są siłą, która nas określa i wyznacza kierunek niezależnie od tego, co może się wydarzyć w przyszłości.



A.R: Jak będziecie weryfikować umiejętności dzieci?


D.G: Są testy, które to sprawdzają, ale naszym celem nie jest pokazywanie dzieciom, w jakim miejscu skali się znajdują. Możemy przeprowadzać wewnętrzną ocenę wiadomości dziecka dla potrzeb własnych i rodziców. Dzieci nie będą frontalnie oceniane, ich oceny będą opisowe i będą dotyczyły poszczególnych umiejętności - co już potrafisz zrobić. Nauczyciel znający dzieci nie musi takich testów przeprowadzać, na co dzień prowadzi dokumentację postępów dziecka, widzi z jakim materiałem pracowało i jakie umiejętności opanowało.


A.R: W Mikroszkole nie ma ocen?


M.F: Trudno w to uwierzyć, ale nasz system nie zakłada promocji w klasach I-III. Te trzy lata nauki, 
są traktowane  jako jeden blok i dziecko nie musi otrzymywać świadectwa ukończenia klasy i promocji do kolejnej. Dzieje się tak, ponieważ wszyscy jesteśmy do tego przyzwyczajeni, jest to rodzaj tradycji.

A.R: Jakiego rodzaju szkołą jest Mikroszkoła?


M.F: Jesteśmy szkołą niepubliczną, ale mniejszą. Podlegamy wszystkim obostrzeniom Kuratorium Oświaty , sanepidu i straży pożarnej. Jesteśmy pełnoprawnie funkcjonującą szkołą, ale w skali mikro.


A.R: Czerpiecie z tej działalności zyski finansowe?


Mikołaj F.: Absolutnie nie. Tu, nikt nie czerpie zysków finansowych. Stworzyliśmy innym rodzinom możliwość dołączenia do nas. Rodzice są w tej komfortowej sytuacji, że przychodzą trochę "na gotowe". My poczyniliśmy wysiłek  zorganizowania tego miejsca i zapraszamy innych do współpracy. To jest szkoła stworzone przez nas, dla naszych dzieci. Na razie, jesteśmy pod kreską, bo zainwestowaliśmy dużo w powstanie Mikroszkoły. Każda dołączająca do nas rodzina, będzie "współwłaścicielem" tego miejsca. Proponujemy rodzicom coś bardzo wartościowego. Zapraszamy do "domu" i do tego byśmy wszyscy byli "domownikami". U nas wszystkie rodziny są współtwórcami Mikroszkoły.


A.R:  Stworzenie rodzinnej atmosfery? To jest powód powstania Mikroszkoły?


Mikołaj F: Też, jednak chcemy również, tworzyć społeczność, która kreuje coś lepszego niż ma do zaoferowania szkoła publiczna. Wiemy, że stworzone w Mikroszkole warunki, są w stanie wydobyć potencjał, który drzemie w naszych dzieciach. Wierzymy, że jest to najlepsze miejsce, jakie możemy dla dzieci stworzyć, by pobudzić je do rozwoju.


A.R:  Macie pomysł na to, co dzieci będą robić po zajęciach "obowiązkowych"?


M.F: Tak. Sprawdziliśmy lokalną ofertę zajęć. Możliwości jest sporo. Możemy wybrać się grupowo - dzieci pod opieką rodziców - np. na zajęcia ceramiczne, sportowe, językowe. Jest wiele możliwości i na wszystkie jesteśmy otwarci. Możemy w zasadzie robić to, na co mamy ochotę. Możemy zaangażować dziadków. To będzie, zależało od naszych potrzeb. 


A.R: Realizowanie potrzeb jest kluczowe?


M.F: Tak. Chcemy by nasze działania były odpowiedzią na potrzeby dzieci i rodziców. Możemy pozwolić sobie na elastyczność i dostosowywać się na bieżąco. To, w jakim kierunku pójdziemy, zależy od tego, kto do nas dołączy, jaka rodzina, z jakimi potrzebami. Zależy nam na tym, by szkoła nie wypełniała całego życia dziecka, by miało wolny czas na zabawę, na spacery. Powoli będziemy badać, co jest nam i dzieciom naprawdę potrzebne, by zachować równowagę. 


A.R: Ile rodzin docelowo chcecie zaprosić do współpracy?


M.F: Mikroszkoła z założenia jest mała. Zależy nam docelowo na 16 rodzinach. Dołączyć do nas jest najłatwiej teraz. Nie ukrywam, że na przyszły rok mamy kolejkę oczekujących rodzin. Zapraszamy wszystkich niezdecydowanych na edukację publiczną, by dołączyli do naszego grona. Tworzymy wyjątkowe miejsce dla dzieci i rodziców.


A.R: Zatem zapraszamy zainteresowanych rodziców by się przyłączyli do tego projektu?


Mikołaj F.:  Oczywiście. Czekamy na was. Chętnie spotkamy się indywidualnie z osobami, które są zainteresowane "idealną", wg nas, formą nauczania.




Anna Rozdejczer
Magda Kuprewicz

Mikroszkoła - Warszawa  Włochy
ul. Mikołajowska 42
500-303-213
mikroszkoła@gmail.com
https://www.facebook.com/mikroszkolawlochy



*   http://mikroszkola.blogspot.com/p/o-nas.html

**  http://mikroszkola.blogspot.com/p/kadra.html



M.F. - Magda Foks

Mikołaj F. - Mikołaj Foks
D.G. - Dominika Gontkiewicz
A.R. - Anna Rozdejczer

















poniedziałek, 7 września 2015

Dlaczego relacje są ważne? Co może pomóc rodzicom w lepszym komunikowaniu się z dziećmi? Na te i inne pytania dzisiaj odpowie ekspert - p. Violetta Kruczkowska!


Przedstawiam w nowym poście dogadanych, niezwykłą kobietę - p. Violettę Kruczkowską. Osobę, która sprowadziła metodę Thomasa Gordona do Polski. Opowie Państwu od czego się zaczęło, co to jest TSR, jak kurs dla rodziców może pomóc w nawiązywaniu demokratycznych relacji.

A.R.: Dlaczego w ostatnich czasach tyle mówi się o relacjach?

V.K.: Może dlatego, że relacje różnie się dzisiaj mają? Może czas przypomnieć sobie, co jest ważne w relacjach? - Mam na myśli: miłość, szacunek, tolerancję i poszanowanie wartości innych ludzi. W życiu jesteśmy w różnych formach relacji.

Najbardziej piękna wg mnie, ale wymagająca szczególnych umiejętności i wysiłku, jest relacja: rodzic - dziecko. I o tej relacji w ostatnich latach zwykło się dużo mówić. Jednak kiedy rodzi się dziecko, niekoniecznie myślimy w kategoriach relacji z nim, przecież jest takie słodkie, malutkie , bezbronne, całkowicie zależne od nas. Wówczas myślimy raczej - będę je chronić, kochać. Zostając rodzicami czujemy, że wystarczy miłość i słuchanie intuicji.

Trudno sobie wyobrazić, że ta mała kruszynka, kiedyś urośnie i mogłyby pojawić się jakieś problemy w relacji z nią. Wszystko, co jako rodzice  wiemy na stracie o relacji: rodzic - dziecko (jeśli w ogóle o tym myślimy), to w zasadzie jedynie wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie, w związku z tym wychowanie naszych dzieci jest kalką tego, co sami dostaliśmy w domu rodzinnym, ponieważ przenosimy wzorce. Czasami działamy na zasadzie kontrastu, czyli robimy tak, aby za wszelką cenę działać w opozycji do działań naszych rodziców.

A.R.: Czyli stajemy się tacy jak nasi rodzice, przejmujemy ich zachowania, nawet gdy tego nie chcemy?

V.K.: Kiedy o tym rozmawiam z rodzicami dowiaduję się, jak o tym myślą: Przecież nie chodzimy do szkoły, by nauczyć się tak odpowiedzialnego zadania, jakim jest bycie rodzicem.

Pogląd, że do roli rodzicielskiej trzeba się specjalnie przygotować, z pewnością nie pokrywa się z tradycyjnym wyobrażeniem społecznym tej roli.
Nie wszyscy rodzice zadają sobie pytanie, czy problemy dzieci przypadkiem nie wynikają z niewłaściwych metod postępowania wobec nich.

Gdy relacje w rodzinie się komplikują i zaczynają się problemy, rodzice zaprowadzają dziecko do kogoś, kto udzieli im porady, a najlepiej "je naprawi".

Widzę też, że rodzice mają tendencję do usprawiedliwiania kłopotów w relacji z dzieckiem czynnikami zewnętrznymi.
Sądzą, że ich problemy związane są z rozpowszechnieniem używek, grami komputerowymi, czy nieodpowiednim towarzystwem. Ten zakorzeniony sposób myślenia powstrzymuje rodziców od przyjęcia myśli, że to ich postawa i zachowanie może zakłóca więzi.

Oczywiście to nie odnosi się do wszystkich rodziców, nie chciałabym, żeby tak zostało to odebrane. Jest duża rzesza rodziców, którzy czują i myślą inaczej.

A.R. Czy to był impuls do sprowadzenia Gordona do Polski?

V.K.: Mówiąc szczerze, kiedy wiele lat temu przeczytałam książkę "Wychowanie bez porażek" Thomasa Gordona, zrodziło się we mnie pragnienie, aby pogłębić wiedzę na ten temat, a poza tym, poznać i sprowadzić do Polski kogoś, od kogo mogłabym się nauczyć, jak stosować nabyte umiejętności w praktyce.

To wszystko dla... Naszego syna.

Okazało się, że urodziła się mała, szczególnie wymagająca, charakterna istotka. Problemy zaczęły się dość wcześnie.

Bardzo chcieliśmy  stosować proponowany przez Thomasa Gordona sposób komunikacji w naszej rodzinie. Czuliśmy, że udział w  kursie pod okiem trenera, który zna i stosuje metodę, da nam to, czego nie wyczytaliśmy w książkach - praktyczne nauczanie, lepsze zrozumienie metody i możliwość bezpośredniego kontaktu z osobą, która stosuje taki sposób porozumiewania się na co dzień.

Nie zawiedliśmy się, z czasem okazało się, że metoda Gordona stała się naszą pasją i pracą życia.

A.R. Jakie są główne założenia, na podstawie których Thomas Gordon zbudował Trening Skutecznego Rodzica, w skrócie TSR?

V.K.: Przede wszystkim metoda bez przegranych, która zakłada sprawiedliwe podejście do rozwiązywania konfliktu, tak by zachować wzajemny szacunek oraz język akceptacji.

Metoda bez przegranych opiera się na przekonaniu, że zarówno dzieci, jak i rodzice mają prawo, by ich potrzeby zostały zaspokojone. Obydwie strony mogą wygrać, żadna nie musi przegrać.

Sposobem na to jest proste założenie: rodzic i dziecko potrzebują zaangażować się we wspólne poszukiwanie takiego wyjścia z sytuacji, które równocześnie będzie zaspokojeniem ich potrzeb, rozwiąże konflikt, nie naruszy ich relacji. Większość sytuacji konfliktowych można wręcz przekształcić w doświadczenia konstruktywne dla życia rodziny. Mogą one być okazją dla dzieci i rodziców do lepszego poznania siebie nawzajem. Jednak, aby to wszystko osiągnąć, trzeba zmienić język, którym się komunikujemy.

Język akceptacji, którego uczymy na Treningach Skutecznego Rodzica - słuchanie, skuteczne konfrontowanie, jasne komunikaty typu ja, zamiast barier w komunikacji, pozwalają, by metoda bez przegranych nie stała się manipulacją.

A.R.: Kim są rodzice/osoby, które zgłaszają się na kursy TSR?

V.K.: To troskliwi rodzice, którzy chcą się nauczyć świadomego rodzicielstwa, zdarzają się, także przyszli rodzice oraz tacy, którzy już doświadczają problemów z dziećmi i szukają pomocy.
Bardzo często, jeden zadowolony rodzic po kursie poleca go małżonkowi/żonie. Zdarza się, że taki uczestnik TSR przychodzi pierwszego dnia nastawiony sceptycznie (wysłany" na siłę), a na koniec kursu nie żałuje, że został, bo wiele dowiedział się i nauczył.

Odbiorcami są także rodzice (opiekuni, wychowawcy, pedagodzy, psycholodzy) potrzebujący pomocy  w kwestiach wychowawczych i skierowani przez określone instytucje. To mogą być np. również rodzice zastępczy. 
Są wśród nich tacy, którzy są zachwyceni książką T. Gordona "Wychowanie bez porażek", którzy w ten sposób dowiedzieli się o istnieniu Polskiego Centrum Edukacji Gordona (do niedawna Centrum Komunikacji Gordona) i tak trafili na kursy do trenerów PCEG. Są to często rodzice, którzy usłyszeli o TSR od innych rodziców, którzy go polecają.

A.R.: Co Ty zyskałaś po kursie TSR?

V.K.: Z perspektywy minionych lat powiedziałabym, że dokonał rewolucji w moim życiu, pomógł w wielu obszarach, przede wszystkim w relacji z synem.
Odkąd pamiętam nie lubiłam konfrontacji, dzisiaj wygląda to inaczej. Umiem mówić o swoich uczuciach i dbać również o swoje potrzeby. Nauczyłam się też aktywnego słuchania, a uważam, że to wspaniała umiejętność.

Metoda Gordona zmieniła moje życie zawodowe. Zostałam nauczycielem, trenerem, reprezentantem. Uważam, że jestem szczęściarą, bo mam pracę, która jest moją pasją.
Dzisiaj z odwagą mówię otwarcie, że popularyzowanie pokojowych rozwiązań (metodę Gordona) uważam za swoją misję. 

Zawsze dbam o to, aby nikogo moim powołaniem nie uszczęśliwiać na siłę. Chcę po prostu robić swoje najlepiej jak potrafię. 
Pamiętam swój pierwszy kurs TSR i opinię od jednej uczestniczki: "Jeszcze kilka kursów i będzie super".  Wówczas nie myślałam, że już wkrótce będę szkolić, nie tylko rodziców, ale i nauczycieli, liderów i  trenerów. Dzisiaj to jest faktem. Nie mniej jednak, zawsze powtarzam sobie, że jestem w  drodze, bo uważam, że tam, gdzie jest misja, powinna być pokora. Nauczyłam się tego od mojego mentora Stephena Emmonsa - międzynarodowy trener GTI, który zaszczepił we mnie nie tylko metodę Gordona, ale także uświadomił mi, jakim chcę być trenerem i reprezentantem GTI (Gordon Training International) w Polsce.

A.R.: Czy trenerem programów metody Gordona może zostać każdy?

V.K.: Nasze oczekiwania wobec osoby zgłaszającej się do Szkoły Trenerów Polskiego Centrum Edukacji Gordona w dużej mierze związane są z jej usposobieniem. 
Wśród nich można wymienić chęć budowania szczerej, otwartej relacji z innymi osobami, popularyzowania pokojowych rozwiązań. 
Wiara, że dziecko można wychować bez kar i nagród, otwartość na zmiany. 
Ze względu na to, że każdą osobę zgłaszającą się do Szkoły Trenerów PCEG chcemy poznać, przed ostatecznym zakwalifikowaniem na szkolenie, proponujemy rozmowę kwalifikacyjną, która zdecyduje o dalszych krokach.

A.R. Komu poza rodzicami, TSR mógłby pomóc w lepszym komunikowaniu się?

V.K.: Oczywiście przyszłym rodzicom. TSR jest zaprojektowany dla rodziców, jednak dr Thomas Gordon podkreślał wielokrotnie, że byłoby wspaniale gdyby rodzice odbyli TSR, zanim pojawią się ich dzieci na świecie.

A.R. By mogli na sobie przećwiczyć umiejętności, zakorzenić się w demokratycznym stylu komunikowania się?

V.K.: Tak. TSR na pewno pomaga dzieciom, które uczą się od rodziców komunikacji... Przez modelowanie. 
Pomaga także w relacji i komunikacji mamy z tatą i odwrotnie, rodzicom w komunikacji z ich rodzicami, w relacji z przyjacielem, i innymi bliższymi i dalszymi osobami, z którymi spotykamy się na co dzień.

TSR opiera się na metodzie Gordona, odbiorcami docelowymi są rodzice i osoby, które planują powiększyć rodzinę. Na tym kursie trenerzy zajmują się przede wszystkim relacją rodzic - dziecko. 

Metoda Gordona jest uniwersalna, dlatego jej autor stworzył także programy dla innych odbiorców:
- Trening Skutecznego Nauczyciela - dla nauczycieli i szeroko rozumianej kadry pedagogicznej
- Trening Skutecznego Lidera - dla szefów, przywódców, liderów
Szczególny jest program: Trening Skutecznej Komunikacji dla dzieci i młodzieży i:
- Bądź Najlepszą Wersją Siebie, autorstwa żony T. Gordona - Lindy Adams skierowanego do wszystkich, którzy chcą budować relacje w oparciu o więcej akceptacji i metodę bez przegranych.

A.R.: Dlaczego placówki prowadzone wg pedagogiki Marii Montessori decydują się na szkolenia kadry i rodziców metodą Gordona?

V.K.: Poglądy Thomasa Gordona i Marii Montessori na temat procesu wychowania są zbieżne, uzupełniają się, nie wchodzą ze sobą w kolizję.

Maria Montessori twierdziła, podobnie jak T. Gordon, że wychowanie to rozpoznawanie, obserwowanie, wspieranie i pomoc dziecku w rozwoju, a nie zmienianie, przekształcanie, kreowanie z góry założonych celów. Według niej wychowanie to pomoc dawana dziecku od urodzenia w jego psychiczno - duchowym rozwoju, a rozwój ten ma się dobywać w najkorzystniejszych wychowawczo warunkach.

Aby dorosły mógł wesprzeć dziecko musi zmienić sposób myślenia o sobie i dziecku, dokonać samoobserwacji i odnaleźć miłość, która jest podstawową energią prowadzącą do rozwoju człowieka i świata.

T. Gordon mówi o akceptacji, która jest niczym "żyzna gleba" dla dziecka i potrzebna podobnie jak roślinie, by mogła rosnąć.

Tę akceptację i miłość trzeba wyrażać na co dzień, dlatego tak ważna jest komunikacja, bo każdy akt zwracania się do dziecka stanowi fundament tego, co zagości w jego sercu i umyśle, procentując w jego przyszłości. Dotyczy to dorosłych, którzy stykają się z dzieckiem, nie tylko rodziców, ale i nauczycieli.

Nauczyciele Montessori nie mogą oddzielić siebie od... idei, zapominając, że pracują przede wszystkim "sobą" i ich sposób komunikacji z dziećmi i ich rodzicami jest decydujący we wdrażaniu założeń pedagogiki Montessori w życie. W związku z tym język akceptacji i założenia metody Gordona pomagają kadrze tych placówek.

A.R.: Zakładam, że na kursie TSR rodzice uczą się umiejętności, których nie zdobędą wyłącznie po przeczytaniu książki?

V.K.: Wprowadzając metodę dr T. Gordona do Polski z żalem stwierdziliśmy, że są osoby, które nauczają metody po przeczytaniu książek np. :"Wychowanie bez porażek". Nie szanują praw autorskich i dorobku intelektualnego T. Gordona, a także nie wiedzą, jak robić to profesjonalnie wg. modelu, który stworzył autor.

T. Gordon napisał książki, by inspirować do innego spojrzenia na wychowanie i porozumiewanie się. Z kolei kursy stworzył po to, by ludzi nauczyć jak stosować metodę w praktyce. 
Oczywiście można próbować nauczyć się z książki "nie nauczając innych", niemniej jednak, czy to jest łatwe?
Czy można nauczyć się prowadzenia samochodu z książki, jeśli nigdy nie trzymało się kierownicy w ręku?

Z pewnością języka angielskiego można uczyć się z podręcznika, osiągając pewne efekty, ale czy to łatwe i każdemu się to udaje?

Czy skoro istnieją książki opisujące jak prowadzić auto, grać w tenisa, posługiwać się skalpelem, by zostać chirurgiem, albo podręczniki do nauki języków obcych, to instruktorzy, trenerzy, wykładowcy czy lektorzy języków obcych są zbędni?

A.R.: Czy w związku z tym kurs i przeczytanie książki T.Gordona wystarczy, by stać się skutecznym rodzicem? I co to w ogóle znaczy?

V.K.: W rozumieniu TSR skuteczność rodzica określamy jako tego, który słucha ze zrozumieniem, rozmawia szczerze, szanuje wartości dziecka, rozwiązuje problemy uczciwie, buduje relacje z dzieckiem w oparciu o wpływ zamiast władzy. 

Co do pierwszej części pytania, moje doświadczenie osobiste i rodziców, z którymi miałam przyjemność spotkać się na kursach TSR mówi, że nie wystarczy.
Zarówno książka jak i kurs to początek inicjowania zmian, cudów nie ma, trening czyni mistrza.
Rodzice, którzy przychodzą na kursy przez dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat, komunikują się w określony sposób i żeby dokonać zmian, potrzebują wiedzy i sposobu na to jak to zrobić, treningu pod okiem trenera i przede wszystkim czasu. 

Metoda Gordona to nie tylko narzędzia do komunikacji, to także zmiana myślenia, czasem poglądów, przekonań, że dziecko jest w stanie znaleźć rozwiązanie dla swoich problemów, konflikt można rozwiązać tak, by każdy wygrał, etykiety mogą zadać wiele bólu i warto ich unikać, odsłanianie siebie w relacjach jest podstawą jej budowania, skuteczność nagród i kar jest często przeceniana, a dzieci nie zachowują się źle, tylko próbują zaspokoić własne potrzeby.
Język akceptacji, którego uczymy na TSR wymaga otwartości, a nie manipulacji, z tym wiąże się praca nad sobą, cierpliwość i trening, by nie wracać do starych, mało skutecznych sposobów porozumiewania się z dziećmi.

A.R.: Czy rodzice zadowoleni są z kursu?

V.K.: Po każdym kursie TSR w Polsce czytam opinie od rodziców, ponieważ trenerzy PCEG, przesyłają je do Centrum. Przyznam, choć może zabrzmi to nieskromnie, że na przestrzeni tylu lat, nie spotkałam się z negatywną opinią. 
Sami rodzice często piszą do nas o swoich niezwykłych doświadczeniach z Gordonem. Niektóre z nich zawarliśmy w nowym przekładzie książki "Wychowanie bez porażek". Każdy rodzic po kursie może kontaktować się z trenerem, zadać pytanie, rozwiać wątpliwości. 

Ponadto rodzice mogą wziąć ponowny udział w TSR i tak się zdarza. Ich opinia jest zawsze podobna, mówią, że odkryli coś na co nie zwrócili uwagi na pierwszym TSR.

A.R. Czy mogłabym poprosić Cię o wyjaśnienie czym różni się Trening Skutecznego Rodzica (TSR) od Porozumienia bez przemocy (NVC), ponieważ myślę, że często te dwa podejścia do komunikacji są ze sobą mylone?

V.K.: Chętnie odpowiem na to pytanie, tyle, że w drugiej części naszego wywiadu. Wnikliwie przyjrzę się pytaniu i postaram się wyczerpująco na nie odpowiedzieć.

A.R.: Dziękuję za rozmowę. Zatem zapraszam naszych czytelników do poszukania z nami odpowiedzi na wyżej postawione przeze mnie pytanie, w kolejnej części wywiadu.



Violetta Kruczkowska
V.K. - Violetta Kruczkowska
A.R. - Anna Rozdejczer

środa, 2 września 2015

Dlaczego dzieci są jak marchewki? Rok szkolny 2015/2016 uważam za oficjalnie rozpoczęty!







 Po wizycie na działce u teściów naszło mnie, takie oto skojarzenie. DZIECI SĄ JAK MARCHEWKI! Przepuszczając je przez machinę oświatową robimy z nich produkt końcowy, w postaci prościutkiej, równiutkiej i długiej marchewki. Takiej, jaką każdy w sklepie (teoretycznie) chce kupić. Marchewka jest "ładna" (nie dla każdego). Łatwo i szybko można ją obrać i wrzucić do zupki.
Problem w tym, że jest bezwartościowa. Wymęczona "manipulacjami" produkcji, ma dla nas (jako społeczeństwa) niewiele do zaoferowania. Jest marchewką przemysłową z fabrycznej uprawy.
Jej wzrost jest w pełni kontrolowany: nawożeniem, by była dorodna, nawilżeniem gleby, by była długa i prosta oraz wieloma innymi poczynaniami, o których nawet nie chcę wiedzieć (zależą bezpośrednio od indywidualnego "mini producenta";-/

Jaka jest marchewka z działeczki? Piękna! 
Jest absolutnie nieprzewidywalna, wyjątkowa i ma nieszablonowy kształt. Tworzy abstrakcyjne "formacje" swoich "odnóg". Jest korzonkiem, nad którym trzeba spędzić wiele czasu, by się nadawał do celów kulinarnych. Obranie jej, nie jest proste i oczywiste. Trzeba się zaangażować i zagłębić w marchewkowe meandry, by ją spożytkować w zupce.
Karotka uprawiana z sercem jest bogata w mikroelementy i witaminy, oraz ma w sobie dobrą energię, wynikającą ze swobodnego wzrostu.
Troskliwy "działkowicz" użyźnia glebę naturalnymi nawozami, stwarzając jej jak najlepsze warunki rozwoju a przede wszystkim uprawia marchewkę do celów indywidualnych (przeciwieństwo handlowych, tu odniesienie do rynku pracy).

Mam nadzieję, że to porównanie dzieci "kształconych" w naszym polskim, standardowym systemie oświaty, z rozwijającymi się dzięki metodom "alternatywnym" jest klarowne. Nie będę dokładnie wyjaśniać wszystkich porównań, pozostawiam je indywidualnej interpretacji.

Zachęcam do nieszablonowego spojrzenia na edukację. Teraz jest naprawdę wiele możliwości: szkoły społeczne, prywatne, nauczanie domowe i nowo powstające mikroszkoły. 

Te ostatnie zrobiły na mnie duże wrażenie. Są inicjatywą społeczną, tworzoną przez rodziców, którzy sami chcą decydować w jaki sposób ich dziecko będzie nabywać wiedzę ale przede wszystkim koncentrują się na tym, by dzieci w mikroszkole czuły się, jak w domu, by były bezpieczne i traktowane personalnie, by nie były numerem 10 w klasie pierwszej "N".

Drogi rodzicu poszukuj rozwiązań jak najlepszych dla Twojego dziecka i nie daj się zwieść schematom. Słuchaj głosu intuicji. Twoje obawy przecież skądś się biorą.





Magda Kuprewicz


http://mikroszkola.blogspot.com/
l

czwartek, 27 sierpnia 2015

Koniec z konsekwencją!


Dzięki komentarzowi na Facebook chciałabym rozprawić się raz a dobrze z konsekwencją.  Wydaje się, że jest ona wpisana w życie, a już najbardziej rodzicielstwo.

Cytat jaki pojawił się na " Relatece" mówił:

"Jeśli rodzice usiłują zachować konsekwencję, nie mogą być autentyczni" T. Gordon.

A pod nim pojawił się komentarz:

"Jestem osobą konsekwentną, moje czyny są konsekwentne (tak sądzę) i potrafię przewidzieć konsekwencje swoich czynów oraz czynów, działań dziecka, jednak wymagać od dziecka bezwarunkowej konsekwencji, tego nie rozumiem, stosuję pewnie konsekwencję "nietradycyjną". Nie czytałam tej książki, o jaką konsekwencję chodzi o konsekwencję w działaniu, wytrwałości czy jego skutków?"

Możemy być pewni, że słowo w tytule bloga, to jest jedno z tych słów, które wręcz z "uwielbieniem" cytują poradniki dla rodziców.

Według podręczników  - konsekwentny rodzic to taki, który w danej sytuacji zawsze postępuje tak samo, zgodnie z planem wg przyjętych zasad/y.

Na przykład metoda nauki zasypiania dziecka we własnym łóżeczku: 3 - 5 - 7 (http://dzieci.pl/kat,1024259,title,Metoda-3-5-7-Jak-nauczyc-dziecko-spac-samodzielnie,wid,16099721,wiadomosc.html?smgputicaid=615760), której osobiście nie popieram, lub "karny jeżyk (http://smyki.mjakmama24.pl/zdrowie-i-wychowanie-dziecka/przedszkolaki-3-5/karny-jezyk-o-co-chodzi-w-tej-metodzie-wychowawczej,40_874.html), do którego również mam stosunek negatywny.
Obydwie metody zakładają bycie konsekwentnym...

Przyjrzyjmy się dwóm sytuacjom.

Rodzic zawsze wymaga, żeby dziecko sprzątało po sobie ze stołu. Za nieposprzątanie dodatkowo jest kara - dziecko ma "szlaban" na telewizję.

Zakładamy, że rodzic chce wychować dziecko, które będzie zawsze sprzątać po sobie - taki jest cel. By go osiągnąć musi wg zasady warunkowania instrumentalnego *, reagować zawsze tak samo - wytrwale realizować plan.

Sytuacja pierwsza: Załóżmy, że są wakacje, rodzic jest wyspany, odprężony, zadowolony z życia, ale dziecko po śniadaniu zapomniało posprzątać po sobie. Rodzic byłby skłonny machnąć na to ręką, ale konsekwencja zmusza go do porzucenia dobrego nastroju i nałożenia kary... Zaprzeczenie własnym uczuciom, pozbawia nas autentyczności, ponieważ "gramy" kogoś innego, niż w danej chwili jesteśmy. Wymierzenie kary zniszczy bezpowrotnie dobrą atmosferę, narazi również na szwank relację na linii: dziecko - rodzic.

Sytuacja druga: Rodzic wraca wykończony z pracy, z migreną - ma wszystkiego po dziurki w nosie, chętnie rzuciłby wszystko i położył się do łóżka z aspiryną. Patrzy na stół, a tam nieposprzątane po obiedzie... W imię konsekwencji, ostatkiem sił, pewnie nakrzyczy i nałoży karę na dziecko. Ponownie będzie postępować wbrew sobie, znów utraci autentyczność.

Właśnie ta "konsekwencja" jak T. Gordon pisze, skłania rodziców do udawania, że ich odczucia pozostają niezmienne. O tym, czym zastąpić działanie wg planu, czyli nie oszukiwać siebie, mówić o swoich potrzebach - tego między innymi rodzice dowiadują się na Treningu Skutecznego Rodzica (TSR wg metody Gordona), na który niebawem zaproszę.

Karanie utrwala w dziecku nawyk unikania pewnych sytuacji, natomiast komunikowanie dziecku swoich potrzeb, mówienie mu o swoich emocjach, skłania dziecko do myślenia o tym, jak jego zachowanie wpływa na drugiego człowieka. Jest to swego rodzaju trening społeczny.

Mam nadzieję, że rozprawiłam się z konsekwencją odnoszącą się do:

- działania (reagowanie na nieposprzątanie),
- wytrwałości (nawet jeśli nie mam siły, zmuszam się do działania),
- skutków (dziecko zapewne będzie kombinować jak ominąć tę sytuację, bez refleksji, jak jego działanie wpływa na drugą osobę).

Myślę, że potrzeba nam autentycznych ludzi, którzy umieją nazywać emocje, którzy potrafią konfrontować się (komunikat JA), którzy umieją pomóc innym, kiedy oni mają problem (aktywne słuchanie), po to, by wychowywać prawdziwych ludzi. Nie takich, którzy w imię pewnej idei (konsekwencji) "zapomną" o tym kim są, co czują i po co robią pewne rzeczy.


Anna Rozdejczer

*Warunkowanie instrumentalne
Uczenie się znaczenia jakiejś pierwotnie obojętnej reakcji dzięki temu, że po niej pojawia się jakiś pożądany stan rzeczy (wzmocnienie pozytywne, nagroda), albo unikamy czegoś niepożądanego(wzmocnienie negatywne, kara).

https://pl.wikipedia.org/wiki/Warunkowanie_instrumentalne

 

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Sokrates, Joe Cocker, nastolatki i edukacja przyszłości - w trzeciej części wywiadu z fizykiem - Urszulą Setlak.



 A.R.: W czasach kiedy telewizja "skrzeczy", że nastolatki to bandziory, ty piszesz na swoim profilu Facebook, że masz fajnych i mądrych uczniów - no i gdzie tu logika? 

Czy ty masz jakiś "wybrańców", a innym dostają się te "złe" nastolatki?

U.S.: Nie będę oryginalna, przypomnę słowa Sokratesa zapisane ponad 400 lat p.n.e:

"Dzisiejsza młodzież lubi luksus, ma złe maniery, nie uznaje żadnych autorytetów i nie ma szacunku dla starszych. W naszych czasach dzieci stały się tyranami. Nie są posłuszne swoim rodzicom, zbyt szybko jedzą i tyranizują nauczycieli."

A.R.: To mi przypomina piosenkę Joe Cockera: "N'oubliez Jamais" - przytoczę dwa wersy:
"Every Generation has it's way, 
 A need to disobey."
Czyli tłumacząc: 
"Każde pokolenie ma swoją własną drogę,
 I musi być nieposłuszne."
(http://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_cocker,n_oubliez_jamais.html)

Wciąż w tej dziedzinie uskarżania się na "młodych" niewiele się zmieniło od tylu lat...

U.S.: Może to być oczywiście przypadek, ale naprawdę mam wspaniałych uczniów. To są dobrzy, mądrzy i wrażliwi ludzie.

Bardzo ich szanuję i niezwykle mi miło, gdy przychodzą do mnie ze swoimi kłopotami. Nie zawsze potrafię pomóc, ale też nie udaję, że mam na wszystko receptę.

Uważam, że mają prawo popełniać błędy i naszym zadaniem jest pokazywanie tych błędów, by mogli ich więcej nie popełniać. Myślę, że nie ma uczniów źle wychowanych ani złych - są natomiast tacy, którym nikt nie wyjaśnił, że niektórych rzeczy robić nie należy. To nie znaczy, że się na uczniów nie denerwuję. Nie udaję cyborga i także potrafię wybuchnąć, jednak staram się pamiętać, że przede mną siedzą prawdziwi ludzie. Nie są moimi podwładnymi, tylko partnerami we wspaniałym świecie szkoły, którą tworzymy razem. Rzucajmy im wyzwania i zobaczymy, czego nas jeszcze nauczą.

 A.R.: Co chciałabyś jeszcze dodać od siebie?

U.S.: Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną ciekawą zmianę w naszym świecie.

Kto z nas nie słyszał/zadał choć raz pytania: " I co Ty będziesz robić po tych studiach?"


A.R.: Ja je słyszałam, jak studiowałam pedagogikę...

U.S.: Mało kto zdaje sobie w pełni sprawę z tego, że to pytanie nie ma w dzisiejszych czasach sensu. W XXI w. technologia rozwija się w takim tempie, że nowe zawody powstają i znikają szybciej, niż nadążamy reagować. W czasach naszego dzieciństwa nikt sobie nie wyobrażał, że w szpitalu będzie posada administratora sieci. Dziś nawet najmniejsza firma musi mieć speca IT. Nawet największe wydawnictwa rezygnują za to z pracy korektora i przeraża mnie, że zawód redaktora także dogorywa.

Gdyby studia przygotowywały obecnie do zawodu, nikt nie mógłby studiować informatyki. Studia trwają pięć lat, a nowe systemy operacyjne wchodzą co 3 - 4 lata. Jeśli ktoś chce nauczyć się na studiach zawodu, musi zostać stomatologiem albo farmaceutą.

Musimy zrozumieć i zaakceptować, że dziś studia mają rozwinąć nasze zdolności i nauczyć nas przystosowywania się do nowych sytuacji. Mój ojciec  skończył wspaniałe i ciężkie studia, które przygotowały go do projektowania i budowania cukrowni. Budował je przez 20 lat, ale czasy się zmieniły i dziś nikt nie potrzebuje nowych cukrowni. Gdyby nie jego zdolność dostosowywania się, kolejne 20 lat spędziłby na bezrobociu.

Nie ma też "bezpiecznego" zawodu. Każdy z nas może stać się niepotrzebny. Nawet mój zawód może za kilkadziesiąt lat nie być potrzebny. Odpowiednio przygotowane programy multimedialne wszystko świetnie wyjaśnią, zilustrują i przy tym ani nie zrugają, ani nie obrażą. Do przeprowadzenia testów także nie będzie potrzebny nauczyciel. Pozostanie jedynie kwestia opieki nad dziećmi podczas pracy rodziców, ale to już inne zagadnienie na zupełnie inną rozmowę.

I tu pojawia się nasze kolejne zadanie. Musimy zarówno jako nauczyciele, jak i rodzice przygotować dzieci do życia w tak szybko zmieniającym się świecie. One nie mogą czuć się niepewnie i muszą posiąść umiejętność dostosowania się. Wybierajmy  więc dla nich takie szkoły i takie kierunki studiów, które rozwiną im mózg tak, by z elastycznością podchodziły do nowych wyzwań, a nie by umiały wykonywać jedną jedyną czynność potwierdzoną dyplomem z okrągłą pieczęcią.

A.R.: Dziękuję ci za ten głęboki, pełen refleksji i prawdy wywiad. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda nam się porozmawiać na tak ciekawe tematy.

U.S.: To ja dziękuję za tak ciekawe pytania i czas, jaki mi poświęciłaś. Do zobaczenia!


U.S.: p. Urszula Setlak
A.R.: Anna Rozdejczer

Zdjęcie autorstwa p. Urszuli Setlak
Zdjęcie autorstwa p. Urszuli Setlak


Szanuję prawa autorskie:
MTSOfan
http://tiny.pl/gxnh6
http://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_cocker,n_oubliez_jamais.html

środa, 12 sierpnia 2015

Bunt. Niełatwo, ale warto spojrzeć nań przez pryzmat serca.












Bunt: sprzeciwianie się, mówienie "nie", tupanie nogą. Trudno rodzicom zaakceptować tego typu zachowanie, trudno funkcjonować w codzienności. Co kryje się pod buntem dziecka niezależnie od jego wieku? Co dziecko wyraża poprzez bunt? Jaką funkcję pełni buntowanie się?

Bunt to sposób na poznawanie i doświadczanie granic i zasad. Dziecko bada które zachowania będą akceptowane, a które nie. Jest to dziecięce rozwiązanie na uczenie się "świata". Dziecko poznaje zasady funkcjonowania i przekonuje się czy są one stałe czy może jednak się zmieniają. Poznaje również samo siebie, swoje reakcje, potrzeby (chociaż często główną potrzebą jest przyjemność;-), swoją siłę woli.

Poprzez bunt dziecko wyraża także swoją niezależności. Sprzeciw okazywany rodzicom może być odbiciem relacji w rodzinie. Często zastanawiam się nad tym gdzie za bardzo nacisnęłam, że moje dziecko potrzebowało okazać sprzeciw. Czy jest efektem mojego zachowania, wypowiadania (błędów w komunikacji*) i co powinnam zmienić by dać synom przestrzeń? A może efektem kolejnego kryzysu emocjonalnego?

Bunt to element rozwoju dziecka, jest potrzebny by mogło wskoczyć na kolejny jego poziom. Sprzeciw to część zmiany człowieka, który w naturalny sposób dąży do optymalizacji swojego rozwoju. Celem tego procesu jest osiągnięcie psycho-fizycznej dojrzałości, podstawą dojrzałości jest samodzielność i niezależność a te z koleii są fundementem wolności człowieka.

Wydaje się, że wystąpienie i intensywność buntu mogą zależeć od otoczenia dziecka. Im bardziej akceptujący rodzic tym mniej napięć. Im bardziej otwarty rodzic tym większa przestrzeń dla dziecka do stawania się niezależnym człowiekiem. Im bliższe relacje w rodzinie tym więcej przepracowanych napięć w atmosferze szacunku i miłości.

Wątek buntu przepuściłabym przez cytat " Miej serce i patrzaj w serce".  Niełatwe ale cenne jest spojrzenie na bunt przez pryzmat serce i skupienie się na relacjach z dzieckiem, na wzajemnej komunikacji, na potrzebach i problemach dziecka.




Magda Kuprewicz


* T. Gordon, Wychowanie bez porażek czyli Trening Skutecznego Rodzica. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2014


Szanuję prawa autorskie.
Guðbjörg Ágústsdóttir

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Mama i syn - piękna relacja.



Poznałyśmy się na podyplomowych studiach, Ewa Gąsienica - Brożyńska (http://www.dogadani.blogspot.com/p/goscie.html) zadziwiła mnie swoimi pasjami, radością życia i tym, że  z wielką miłością mówiła o swoim synku, którego chce wychowywać w duchu Rodzicielstwa Bliskości, w przygotowanym otoczeniu wg. Marii Montessori.  Chciałam spytać się o jej refleksje dotyczące relacji z synem - Jędrkiem.

A.R.: Kiedy zaczęła się Twoja relacja z synkiem?

Ewa: Jędrek, mój syn właśnie skończył 6 lat, więc nasza relacja trwa już 7. Kiedy pojawił się w naszym życiu, całą moją uwagę i koncentrację i czas skierowałam na cieszenie się tym faktem, na naukę i przygotowania do bycia mamą. Pamiętam jak wieczorem szłam spać, mąż pytał się, dlaczego tak wcześnie? Ja odpowiadałam, że idę poodczuwać jego ruchy.

A.R.: Zasypałaś się poradnikami?

Ewa: Wiedziałam, że trzeba selekcjonować informacje  z prasy i Internetu na temat wychowania, mimo to i tak byłam pełna stereotypowych poglądów na wychowanie dziecka.
Pamiętam pierwsze karmienie, kiedy patrzyłam na zegarek (mając wiedzę, że czas nie jest istotny), pierwszą noc w domu, kiedy odłożyłam synka do łóżka, a mój mądry mąż przekonał mnie do tego, że dziecko powinno spać ze mną, bo będzie czuło się samotne i opuszczone.

A.R.: I mimo tej wiedzy nadal łatwiej uwierzyć poradnikom niż intuicji?

Ewa: No właśnie, gdy miał pół roku, chciałam go nauczyć samodzielnego spania i trafiłam na metodę "3,5,7" - po dwóch minutach odpuściłam...

Zadaję sobie pytanie skąd takie pomysły?

Przecież uwielbiałam karmić, byłam przeszczęśliwa, kiedy spał ze mną. Teraz czasem też nam się zdarza. To chyba brak doświadczenia i pewności siebie, poza tym, to zupełnie nowa rola w której trzeba zaistnieć. Pewnie też strach przed tym "co powiedzą inni". Na szczęście każdy kolejny dzień uczył mnie bycia absolutnie po stronie Jędrka - w zasadzie fizycznie zawsze byłam, ale miałam wątpliwości czy dobrze robię.

A.R.: A kiedy nabrałaś wiary w swe siły, przekonania, że tak jak robisz jest dobrze dla Ciebie i dla Jędrka?

Ewa: Ostatecznie trafiłam na cudowne szkolenie i warsztaty do psychologów: Natalii i Krzysztofa Minge. Oni jasno i wyraźnie trafili do mnie , pokazując, że wszystko co robię jest dobre dla Jędrka, dla mnie dla męża, dla nas. To był przełomowy moment, poczułam ogromną potrzebę rozwijania się i zdobywania wiedzy o rozwoju człowieka. Służyło to mojej rodzinie, ale też przydaje się w mojej obecnej pracy z rodzicami.

A.R.: Jak wygląda twoja relacja z Jędrkiem dzisiaj?

Ewa: Zawsze byłam (i jestem) dla niego gdy mnie potrzebował. Myślę, że zalążkiem bliskiej relacji z synem był sposób karmienia - pierś pozwoliła mi na tworzenie bliskości. Karmienie przez butelkę też pozwala na stworzenie więzi, ale trzeba się o to bardziej starać. Na przykład nie ulec pokusie, że zrobię pranie, a dziecko odłożę do łóżeczka z butelką i "samo się nakarmi"...
To co pomogło nam w nawiązaniu wczesnej relacji to był język migowy. Język migowy dla niemowląt to świetny pomysł na "pogadanie", kiedy jeszcze słowa nie są w użyciu. To bardzo zbliża do siebie. Powiedziałabym to był strzał w dziesiątkę, bo bardzo szybko synek zaczął "migać" (komunikować) o tym co dla niego ważne. Nigdy nie bagatelizowałam jego spraw, starałam się zawsze do końca go wysłuchać i zrozumieć.
Staram się też dbać o jego samodzielność - stworzyć mu przestrzeń do nabywania doświadczeń. Jest to przeze mnie przemyślane i bezpieczne dla niego. Bardzo cieszę się, kiedy potrafi nazywać swoje emocje, kiedy ma "odwagę " powiedzieć mi, że robię cos źle.
Uwielbiam patrzeć, kiedy on oddaje światu to czego go rodzice, dziadkowie i koledzy uczą - czyli np. troskę o innych. Mam też zasadę, że nie okłamuję go, nawet w bardzo trudnych momentach.

A.R.: Ewa, dziękuję Ci, że znalazłaś chwilę, by podzielić się z nami swoimi rodzicielskimi doświadczeniami. Mam nadzieję, że to nie ostatnia nasza rozmowa.

Ewa: Aniu, ja również dziękuję. Najbardziej za to, że zdecydowałaś się na prowadzenie tego bloga, czyli spisywanie i systematyzowanie tak ważnych dla rodziców informacji. Teraz będzie mi łatwiej pracować - będę mówić:" Poczytajcie u Ani i Magdy!". Mam nadzieję, że znajdzie się tu miejsce także na krótkie opisy sytuacji spotykanych przez czytelników. Takie codzienne, częste momenty, które są przykładami "niedogadanych" i "dogadanych". Myślę, że nie po to by kogokolwiek obrażać, czy wyśmiewać - tylko, żeby pokazywać, że każdy rodzic, pedagog, psycholog, nauczyciel spotyka takie same problemy, a reagować na nie można różnie. Uświadamiajmy, skoro dano nam taką wiedzę!

Ewa Gąsienica - Brożyńska z rodziną.


sobota, 8 sierpnia 2015

Mówiłem, nie biegaj! Mówiłem?! A Ty co?!








Żal mi dzieci! Obserwuję rodziców na ulicy, w sklepie, na placu zabaw, na basenie, w parku itd. Często jestem świadkiem smutnych zdarzeń. Smutnych ponieważ nieprzyjemnych w skutkach dla dzieci.
Ostatnia obserwacja miała miejsce w parku (fantastycznym Parku Bajka w Błoniu). Chłopiec 4-5 letni bawił się na terenie wodotrysków, biegał, w pewnym momencie niefortunnie upadł i uderzył twarzą o podłoże rozcinając sobie wargę. Rozcięcie było dość poważne, bo krew się lała strumieniami. Chłopiec był przerażony widokiem krwi i bólem wargi, głośno płakał. Jego mama próbowała bezradnie zatamować krwawienie ale udawało się jej zachować względny spokój.
Przyszedł tato chłopca i naprawdę głośno, pięć cm. od twarzy chłopca zaczął krzyczeć:
-Mówiłem Ci, żebyś nie biegał! (chłopiec płakał przerażony)
-Mówiłem?! A Ty co?!

Chłopiec płakał w niebogłosy, był naprawdę przestraszony ilością krwi, bólem wargi, wyrazem twarzy mamy i na dokładkę przerażającym krzykiem taty. Rodzina po pierwszej fali uniesienia oddaliła sie na ławkę obok fontanny (obserwowałam ich nadal).
Mama poszła po lody by schłodzić skaleczone miejsce. Tato został z synem i teraz mówił, nie krzycząc:
-Jesteś głupi, raz przewróciłeś się to mówiłem, nie biegaj! A ty co? Dalej biegasz!

Kiedy słyszę takie słowa i widzę reakcje rodziców, to serce mnie boli. WSPÓŁCZUJĘ DZIECIOM, naprawdę.
Ostatnią rzeczą, którą potrzebują, jest krzyk rodziców. Kiedy są przerażone potrzebują wsparcia i zrozumienia. Kiedy coś je boli potrzebują miłości, nie wyzwisk i poniżenia.
Wygląda na to, że rodzice w sytuacjach stresujących zapominają o uczuciach dzieci. Automatycznie dają upust swojemu lękowi i wyrzucają go na tak bardzo już przestraszone dzieci. W ten sposób dziecko zostaje z ciężkim bagażem - lękiem swoim i rodzica.
Jak wesprzeć dziecko w sytuacji trudnej i jak inaczej wyrazić swoje emocje rodzice mogą się dowiedzieć z książki T. Gordona* i na kursach TSR.



Magda Kuprewicz

*T. Gordon, Wychowanie bez porażek czyli Trening Skutecznego Rodzica. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2014

Szanuję prawa autorskie.
woodleywonderworks

środa, 5 sierpnia 2015

Relacje rodzinne - Czy dziadek może być kimś szczególnym w życiu wnuczki?


Mam przyjemność przedstawić kolejnego gościa p. Ewę Sobotowską, bliską mi osobę, mieszkającą w USA (od 1983 roku przebywającą na emigracji) autorkę książki:" Jak mój dziadek zaskoczył Hitlera."*, zadałam jej następujące pytania:

A.R.: Jak kiedyś wyglądały relacje rodzinne?

Ewa: Twoje pytanie  - jak kiedyś wyglądały relacje rodzinne przyszło w sama porę. Właśnie porządkuję materiały do opowiadania o historii życia kobiet spotkanych na emigracji. Każda rozmowa z moimi bohaterkami zaczyna się od rodziny:

- urodziłam się w Jugosławii w rodzinie chłopskiej...
- moi rodzice pochodzili z typowej holenderskiej rodziny mieszczańskiej
- w Czeczeni straciłam rodziców, ale mieliśmy wielką rodzinę...

A.R.: Zdradzisz tytuł książki?

Ewa: Tytuł książki tworzy się, kiedy dzieło jest zakończone. Wreszcie będę konsultowała się z Maćkiem. Tak, tak - Twoim mężem, autorem świetnej literatury "Bez rewanżu"*. On jest skarbnicą wielu pomysłów.

A.R.: Czym była dla Ciebie rodzina? 

Ewa: Odkąd sięgam pamięcią, a pamięć mam doskonałą, najpierw była rodzina. Było nas dużo, bardzo dużo, a wszyscy byli mi jednakowo bliscy. Nie zdawałam sobie sprawy, że składała się ona nie tylko z ciotek, wujów, braci ciotecznych i stryjecznych, czy dziadków, ale i kuzynów dalszych i bliższych, czy powinowatych. Każdy był dla mnie ważny i odgrywał jakąś rolę w życiu.

Więzi te były dla mnie tak istotne, że kiedy ktoś spytał, czy moja niania jest ciocią, ostro zaprotestowałam, jak i nie przepadałam za nazywaniem znajomych przyszywaną ciocią czy wujkiem. Podświadomie dbałam o zachowanie ustalonej przez siebie definicji rodziny, gdzie każda najdrobniejsza zmiana doprowadziła by do zachwiania jej struktury.

A.R.: To trochę inaczej niż jest teraz. Obecnie każda potencjalnie miła osoba może stać się dla dzieci Ciocią lub Wujkiem. Może to dlatego, że teraz rodziny są małe, średnio liczą trzy osoby: mam, tata, dziecko?

Ewa: Nawet jeśli otoczeni jesteśmy ograniczoną ilością bliskich, jestem zwolenniczką prawidłowego nazywania. Podoba mi się hierarchia rodzinna. To wspaniała tradycja. Miałam wyjątkowego stryja. Jeśli mówiłam Stryj - wszyscy wiedzieli, że to brat mojego ojca, a nie przyszywany wujaszek.

A.R.: Z kim nawiązałaś jako dziecko najbliższą relację?

Ewa: Z Dziadkiem - Józefem Kiszkurno (olimpijczykiem, wielokrotnym mistrzem w strzelaniu do rzutków, wielkim patriotą), on był największym przyjacielem w moim dzieciństwie. Tak zresztą piszę w mojej książce, jeśli pamiętasz. Poświęcał mi wiele czasu, był cierpliwy, pokazywał to, co było mu najbliższe - las (Bory Tucholskie), świat zwierząt. Uczył mnie patrzeć , nie przechodzić obojętnie ścieżkami kniei, słuchać i rozumieć przyrodę. Nauczył mnie szacunku do otaczającego świata, a jednocześnie pozwalał partycypować w życiu dorosłych - zabierał na polowania, strzelnicę, pozwalał asystować przy grze w brydża i pokera. Nie było to typowe dzieciństwo.

A.R.: Teraz to chyba byłoby zupełnie nie do zaakceptowania. I smuci mnie to, bo mój syn ma "oko", ale nie ma ukończonych 14 lat, żeby móc postrzelać na strzelnicy...

Ewa: Ja natomiast miałam 10 lat, kiedy dziadek zaczął mnie uczyć "składania się do strzału". Korzystałam z delikatnej broni - dubeltówki Bernadelli - dwudziestki, tzn. kaliber 20.
Według niego była to damska broń. Ważyła prawie... Trzy kilogramy, co wydaje się niewiele, ale dla małej dziewczynki stanowiło problem.

Kiedy ręce mi mdlały, dziadek tłumaczył, że tylko uporem i praktyką dochodzi się do sukcesu. Obiecywał, że za każdym razem będzie łatwiej.

Była to dobra lekcja życia i nie uważam, że za wcześnie. Skoro zaczęłam mówić o broni, przypomniała mi się historia z życia w Stanach.

A.R.: Bardzo jestem ciekawa jaka?

Ewa: Zostałam wybrana jako ławnik w sądzie kryminalnym. Sprawa była poważna - oskarżenie o morderstwo. Wybierano skład loży. Było nas dwadzieścia osób. Przechodziłam przez wszystkie etapy. Zarówno prokurator jak i obrońca chcieli mnie wybrać, Na końcu rzucono pytanie: " Kto z ławników umie posługiwać się bronią?".
Automatycznie podniosłam rękę. Wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Zaczęłam opowiadać, że na studiach miałam szkolenie wojskowe, więc obsługa karabinu, rzucanie granatami - nie jest mi obce. W domu była broń... A strzelałam głównie z floweru i dubeltówki. Szybko podziękowano mi, nie pozwalając skończyć. Woźny wyprowadził mnie z sali sądowej, mówiąc: "Ale ich zatkało, Będzie o czym mówić." - powiedział na pożegnanie.

A.R.: Zostałaś potraktowana jak żołnierz...

Jeździłaś sama na wakacje do dziadków?

Ewa: Do dziadków jeździliśmy na wakacje rodzinnie. Wszystkie wnuki zjawiały się na miesiąc pod dodatkową opieką dalekich krewnych. Wtedy nie spędzałam dużo czasu z dziadkiem. Rodzice wysyłali mnie w ciągu roku na kilka miesięcy. Miałam go wtedy wyłącznie dla siebie. Jak wyjeżdżałam, tęskniłam do dziadka, ale nie rozpaczałam z powodu rozstania, bo oczywistym było, że zobaczymy się przy najbliższej okazji. Tyle było świąt, uroczystości, i innych wspólnych spotkań. Wracałam do domu (Warszawy), do rodziców, gdzie czekała na mnie moja niezastąpiona siostra. Wszyscy członkowie rodziny prowadzili własne życie, ale jeśli coś się wydarzyło, decyzje podejmowane były wspólnie. Wtedy czułam się bezpiecznie.
Miałam też dużo szczęścia posiadając przyjaciół ze szkoły, studiów, i cały szereg kuzynów, którzy też byli moimi przyjaciółmi.

A.R.: A jak według Ciebie teraz wygląda rodzina?

Ewa: Teraz jest inaczej - rodzina nie ma takiej siły, nie jest tą potęgą. Łatwiejszy jest kontakt poprzez Internet, samoloty docierają w każdy zakątek świata, wiemy mniej więcej wszystko co powinniśmy o sobie, ale zmienił się styl i tempo życia. Moje dzieci, dzięki wspólnemu wysiłkowi z mojej i mego męża strony, miały okazje poznać najbliższą rodzinę i jej historię, ale ich dzieci żyją już zupełnie inaczej. Powstają inne więzi, związki i priorytety. Obserwuję to z fascynacją, ciesząc się jednocześnie moimi rodzinnymi wspomnieniami i przeżyciami.

A.R.: Proszę, jakbyś miała użyć trzech wyrazów opisujących cechy jakie można przypisać rodzinie z czasów w których się wychowywałaś, a rodzinie współczesnej jakie byłyby to słowa?

Ewa: Wtedy: tradycja, siła, poczucie bezpieczeństwa
         Teraz: pomoc, bezpośrednia opieka, duchowe zjednoczenie.

A.R.: Mam nadzieję, że ta relacja między nami będzie miała swój ciąg dalszy w przyszłości - poprzez rozmowę na inny temat np. o żywności GMO lub o błędach w żywieniu dzieci?

Ewa: Z przyjemnością rozwinę te ciekawe tematy.



* Ewa Sobotowska "Jak mój dziadek zaskoczył Hitlera" - http://www.gandalf.com.pl/os/sobotowska-ewa/

*Maciej Rozdejczer "Bez rewanżu" -
http://www.sklep.gildia.pl/literatura/148694-maciej-rozdejczer-bez-rewanżu



wtorek, 4 sierpnia 2015

Może chcesz "emocjofon" by wywalić wór emocji? Tak, poproszę!







Z ubolewaniem muszę stwierdzić, że czas wakacji jest nie tylko miłym relaksem. Owszem wspólny rodzinny urlop to czas, który spędzamy naprawdę fajnie. Zabawa, odpoczynek i relaks są zabierane do wakacyjnej walizki jak para skarpetek. Funkcjonujemy na luzie, nie mamy obowiązków domowych, szkolnych i tych związanych z pracą, więc i warunki do mniejszej liczby konfliktów są sprzyjające.

Inaczej sytuacja wygląda kiedy jesteśmy w domu. Chłopcy chcąc się nacieszyć zwyczajnym przebywaniem w domu, w swoich pokojach, zdecydowali się na małą ilość wyjazdów (typu kolonie, obozy, półkolonie). Szanuję ich wybór, zresztą sprawa wyjazdów była omawiana na długo przed wakacjami. Przebywanie razem przez długi czas rodzi wiele napięć i konfliktów, między chłopcami i między mną i chłopcami. To w sumie dobrze, bo bez konfliktów nie ma pola do wypracowywania wspólnych rozwiązań  (a dla mnie praktyki w komunikacji zgodnej z filozofią T. Gordona).

Problem pojawia się gdy tych konfliktów do udźwignięcia jest dla mnie zbyt wiele, wówczas następuje przeciążenie łączy i zaczynam krzyczeć (na szczęście dla moich dzieci teraz tylko komunikatami "Ja"*). 

Po fali uniesienia emocjonalnego przychodzi jednak dołek. Mam wyrzuty sumienia, że aż tak bardzo się uniosłam. I w takiej sytuacji marzę o "emocjofonie". Takim telefonie dla rodziców po burzy i w trakcie burzy emocjonalnej. Jak ja bym się wygadała do takiego telefonu, ale bym mu powiedziała, wszystko bym do niego wywaliła - cały wór emocji, że nic by z nich nie zostało! Potraktowałabym taki telefon jak śmietnisko moich napięć i słabości. A po wszystkim poprawiłabym spódnicę i poszła miło spędzać czas z rodziną.

Przyznam, że idea takiego " emocjofonu" nie daje mi spokoju. Mam plan by stworzyć taką linię pomocy dla osób po kursie TSR. 


Magda Kuprewicz


*Przeczytasz o nich w książce Thomasa Gordona, Wychowanie bez porażek czyli Trening Skutecznego Rodzica, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 2014

Szanuję prawa autorskie.
https://www.flickr.com/photos/93095839@N08/