czwartek, 27 sierpnia 2015

Koniec z konsekwencją!


Dzięki komentarzowi na Facebook chciałabym rozprawić się raz a dobrze z konsekwencją.  Wydaje się, że jest ona wpisana w życie, a już najbardziej rodzicielstwo.

Cytat jaki pojawił się na " Relatece" mówił:

"Jeśli rodzice usiłują zachować konsekwencję, nie mogą być autentyczni" T. Gordon.

A pod nim pojawił się komentarz:

"Jestem osobą konsekwentną, moje czyny są konsekwentne (tak sądzę) i potrafię przewidzieć konsekwencje swoich czynów oraz czynów, działań dziecka, jednak wymagać od dziecka bezwarunkowej konsekwencji, tego nie rozumiem, stosuję pewnie konsekwencję "nietradycyjną". Nie czytałam tej książki, o jaką konsekwencję chodzi o konsekwencję w działaniu, wytrwałości czy jego skutków?"

Możemy być pewni, że słowo w tytule bloga, to jest jedno z tych słów, które wręcz z "uwielbieniem" cytują poradniki dla rodziców.

Według podręczników  - konsekwentny rodzic to taki, który w danej sytuacji zawsze postępuje tak samo, zgodnie z planem wg przyjętych zasad/y.

Na przykład metoda nauki zasypiania dziecka we własnym łóżeczku: 3 - 5 - 7 (http://dzieci.pl/kat,1024259,title,Metoda-3-5-7-Jak-nauczyc-dziecko-spac-samodzielnie,wid,16099721,wiadomosc.html?smgputicaid=615760), której osobiście nie popieram, lub "karny jeżyk (http://smyki.mjakmama24.pl/zdrowie-i-wychowanie-dziecka/przedszkolaki-3-5/karny-jezyk-o-co-chodzi-w-tej-metodzie-wychowawczej,40_874.html), do którego również mam stosunek negatywny.
Obydwie metody zakładają bycie konsekwentnym...

Przyjrzyjmy się dwóm sytuacjom.

Rodzic zawsze wymaga, żeby dziecko sprzątało po sobie ze stołu. Za nieposprzątanie dodatkowo jest kara - dziecko ma "szlaban" na telewizję.

Zakładamy, że rodzic chce wychować dziecko, które będzie zawsze sprzątać po sobie - taki jest cel. By go osiągnąć musi wg zasady warunkowania instrumentalnego *, reagować zawsze tak samo - wytrwale realizować plan.

Sytuacja pierwsza: Załóżmy, że są wakacje, rodzic jest wyspany, odprężony, zadowolony z życia, ale dziecko po śniadaniu zapomniało posprzątać po sobie. Rodzic byłby skłonny machnąć na to ręką, ale konsekwencja zmusza go do porzucenia dobrego nastroju i nałożenia kary... Zaprzeczenie własnym uczuciom, pozbawia nas autentyczności, ponieważ "gramy" kogoś innego, niż w danej chwili jesteśmy. Wymierzenie kary zniszczy bezpowrotnie dobrą atmosferę, narazi również na szwank relację na linii: dziecko - rodzic.

Sytuacja druga: Rodzic wraca wykończony z pracy, z migreną - ma wszystkiego po dziurki w nosie, chętnie rzuciłby wszystko i położył się do łóżka z aspiryną. Patrzy na stół, a tam nieposprzątane po obiedzie... W imię konsekwencji, ostatkiem sił, pewnie nakrzyczy i nałoży karę na dziecko. Ponownie będzie postępować wbrew sobie, znów utraci autentyczność.

Właśnie ta "konsekwencja" jak T. Gordon pisze, skłania rodziców do udawania, że ich odczucia pozostają niezmienne. O tym, czym zastąpić działanie wg planu, czyli nie oszukiwać siebie, mówić o swoich potrzebach - tego między innymi rodzice dowiadują się na Treningu Skutecznego Rodzica (TSR wg metody Gordona), na który niebawem zaproszę.

Karanie utrwala w dziecku nawyk unikania pewnych sytuacji, natomiast komunikowanie dziecku swoich potrzeb, mówienie mu o swoich emocjach, skłania dziecko do myślenia o tym, jak jego zachowanie wpływa na drugiego człowieka. Jest to swego rodzaju trening społeczny.

Mam nadzieję, że rozprawiłam się z konsekwencją odnoszącą się do:

- działania (reagowanie na nieposprzątanie),
- wytrwałości (nawet jeśli nie mam siły, zmuszam się do działania),
- skutków (dziecko zapewne będzie kombinować jak ominąć tę sytuację, bez refleksji, jak jego działanie wpływa na drugą osobę).

Myślę, że potrzeba nam autentycznych ludzi, którzy umieją nazywać emocje, którzy potrafią konfrontować się (komunikat JA), którzy umieją pomóc innym, kiedy oni mają problem (aktywne słuchanie), po to, by wychowywać prawdziwych ludzi. Nie takich, którzy w imię pewnej idei (konsekwencji) "zapomną" o tym kim są, co czują i po co robią pewne rzeczy.


Anna Rozdejczer

*Warunkowanie instrumentalne
Uczenie się znaczenia jakiejś pierwotnie obojętnej reakcji dzięki temu, że po niej pojawia się jakiś pożądany stan rzeczy (wzmocnienie pozytywne, nagroda), albo unikamy czegoś niepożądanego(wzmocnienie negatywne, kara).

https://pl.wikipedia.org/wiki/Warunkowanie_instrumentalne

 

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Sokrates, Joe Cocker, nastolatki i edukacja przyszłości - w trzeciej części wywiadu z fizykiem - Urszulą Setlak.



 A.R.: W czasach kiedy telewizja "skrzeczy", że nastolatki to bandziory, ty piszesz na swoim profilu Facebook, że masz fajnych i mądrych uczniów - no i gdzie tu logika? 

Czy ty masz jakiś "wybrańców", a innym dostają się te "złe" nastolatki?

U.S.: Nie będę oryginalna, przypomnę słowa Sokratesa zapisane ponad 400 lat p.n.e:

"Dzisiejsza młodzież lubi luksus, ma złe maniery, nie uznaje żadnych autorytetów i nie ma szacunku dla starszych. W naszych czasach dzieci stały się tyranami. Nie są posłuszne swoim rodzicom, zbyt szybko jedzą i tyranizują nauczycieli."

A.R.: To mi przypomina piosenkę Joe Cockera: "N'oubliez Jamais" - przytoczę dwa wersy:
"Every Generation has it's way, 
 A need to disobey."
Czyli tłumacząc: 
"Każde pokolenie ma swoją własną drogę,
 I musi być nieposłuszne."
(http://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_cocker,n_oubliez_jamais.html)

Wciąż w tej dziedzinie uskarżania się na "młodych" niewiele się zmieniło od tylu lat...

U.S.: Może to być oczywiście przypadek, ale naprawdę mam wspaniałych uczniów. To są dobrzy, mądrzy i wrażliwi ludzie.

Bardzo ich szanuję i niezwykle mi miło, gdy przychodzą do mnie ze swoimi kłopotami. Nie zawsze potrafię pomóc, ale też nie udaję, że mam na wszystko receptę.

Uważam, że mają prawo popełniać błędy i naszym zadaniem jest pokazywanie tych błędów, by mogli ich więcej nie popełniać. Myślę, że nie ma uczniów źle wychowanych ani złych - są natomiast tacy, którym nikt nie wyjaśnił, że niektórych rzeczy robić nie należy. To nie znaczy, że się na uczniów nie denerwuję. Nie udaję cyborga i także potrafię wybuchnąć, jednak staram się pamiętać, że przede mną siedzą prawdziwi ludzie. Nie są moimi podwładnymi, tylko partnerami we wspaniałym świecie szkoły, którą tworzymy razem. Rzucajmy im wyzwania i zobaczymy, czego nas jeszcze nauczą.

 A.R.: Co chciałabyś jeszcze dodać od siebie?

U.S.: Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną ciekawą zmianę w naszym świecie.

Kto z nas nie słyszał/zadał choć raz pytania: " I co Ty będziesz robić po tych studiach?"


A.R.: Ja je słyszałam, jak studiowałam pedagogikę...

U.S.: Mało kto zdaje sobie w pełni sprawę z tego, że to pytanie nie ma w dzisiejszych czasach sensu. W XXI w. technologia rozwija się w takim tempie, że nowe zawody powstają i znikają szybciej, niż nadążamy reagować. W czasach naszego dzieciństwa nikt sobie nie wyobrażał, że w szpitalu będzie posada administratora sieci. Dziś nawet najmniejsza firma musi mieć speca IT. Nawet największe wydawnictwa rezygnują za to z pracy korektora i przeraża mnie, że zawód redaktora także dogorywa.

Gdyby studia przygotowywały obecnie do zawodu, nikt nie mógłby studiować informatyki. Studia trwają pięć lat, a nowe systemy operacyjne wchodzą co 3 - 4 lata. Jeśli ktoś chce nauczyć się na studiach zawodu, musi zostać stomatologiem albo farmaceutą.

Musimy zrozumieć i zaakceptować, że dziś studia mają rozwinąć nasze zdolności i nauczyć nas przystosowywania się do nowych sytuacji. Mój ojciec  skończył wspaniałe i ciężkie studia, które przygotowały go do projektowania i budowania cukrowni. Budował je przez 20 lat, ale czasy się zmieniły i dziś nikt nie potrzebuje nowych cukrowni. Gdyby nie jego zdolność dostosowywania się, kolejne 20 lat spędziłby na bezrobociu.

Nie ma też "bezpiecznego" zawodu. Każdy z nas może stać się niepotrzebny. Nawet mój zawód może za kilkadziesiąt lat nie być potrzebny. Odpowiednio przygotowane programy multimedialne wszystko świetnie wyjaśnią, zilustrują i przy tym ani nie zrugają, ani nie obrażą. Do przeprowadzenia testów także nie będzie potrzebny nauczyciel. Pozostanie jedynie kwestia opieki nad dziećmi podczas pracy rodziców, ale to już inne zagadnienie na zupełnie inną rozmowę.

I tu pojawia się nasze kolejne zadanie. Musimy zarówno jako nauczyciele, jak i rodzice przygotować dzieci do życia w tak szybko zmieniającym się świecie. One nie mogą czuć się niepewnie i muszą posiąść umiejętność dostosowania się. Wybierajmy  więc dla nich takie szkoły i takie kierunki studiów, które rozwiną im mózg tak, by z elastycznością podchodziły do nowych wyzwań, a nie by umiały wykonywać jedną jedyną czynność potwierdzoną dyplomem z okrągłą pieczęcią.

A.R.: Dziękuję ci za ten głęboki, pełen refleksji i prawdy wywiad. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda nam się porozmawiać na tak ciekawe tematy.

U.S.: To ja dziękuję za tak ciekawe pytania i czas, jaki mi poświęciłaś. Do zobaczenia!


U.S.: p. Urszula Setlak
A.R.: Anna Rozdejczer

Zdjęcie autorstwa p. Urszuli Setlak
Zdjęcie autorstwa p. Urszuli Setlak


Szanuję prawa autorskie:
MTSOfan
http://tiny.pl/gxnh6
http://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_cocker,n_oubliez_jamais.html

środa, 12 sierpnia 2015

Bunt. Niełatwo, ale warto spojrzeć nań przez pryzmat serca.












Bunt: sprzeciwianie się, mówienie "nie", tupanie nogą. Trudno rodzicom zaakceptować tego typu zachowanie, trudno funkcjonować w codzienności. Co kryje się pod buntem dziecka niezależnie od jego wieku? Co dziecko wyraża poprzez bunt? Jaką funkcję pełni buntowanie się?

Bunt to sposób na poznawanie i doświadczanie granic i zasad. Dziecko bada które zachowania będą akceptowane, a które nie. Jest to dziecięce rozwiązanie na uczenie się "świata". Dziecko poznaje zasady funkcjonowania i przekonuje się czy są one stałe czy może jednak się zmieniają. Poznaje również samo siebie, swoje reakcje, potrzeby (chociaż często główną potrzebą jest przyjemność;-), swoją siłę woli.

Poprzez bunt dziecko wyraża także swoją niezależności. Sprzeciw okazywany rodzicom może być odbiciem relacji w rodzinie. Często zastanawiam się nad tym gdzie za bardzo nacisnęłam, że moje dziecko potrzebowało okazać sprzeciw. Czy jest efektem mojego zachowania, wypowiadania (błędów w komunikacji*) i co powinnam zmienić by dać synom przestrzeń? A może efektem kolejnego kryzysu emocjonalnego?

Bunt to element rozwoju dziecka, jest potrzebny by mogło wskoczyć na kolejny jego poziom. Sprzeciw to część zmiany człowieka, który w naturalny sposób dąży do optymalizacji swojego rozwoju. Celem tego procesu jest osiągnięcie psycho-fizycznej dojrzałości, podstawą dojrzałości jest samodzielność i niezależność a te z koleii są fundementem wolności człowieka.

Wydaje się, że wystąpienie i intensywność buntu mogą zależeć od otoczenia dziecka. Im bardziej akceptujący rodzic tym mniej napięć. Im bardziej otwarty rodzic tym większa przestrzeń dla dziecka do stawania się niezależnym człowiekiem. Im bliższe relacje w rodzinie tym więcej przepracowanych napięć w atmosferze szacunku i miłości.

Wątek buntu przepuściłabym przez cytat " Miej serce i patrzaj w serce".  Niełatwe ale cenne jest spojrzenie na bunt przez pryzmat serce i skupienie się na relacjach z dzieckiem, na wzajemnej komunikacji, na potrzebach i problemach dziecka.




Magda Kuprewicz


* T. Gordon, Wychowanie bez porażek czyli Trening Skutecznego Rodzica. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2014


Szanuję prawa autorskie.
Guðbjörg Ágústsdóttir

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Mama i syn - piękna relacja.



Poznałyśmy się na podyplomowych studiach, Ewa Gąsienica - Brożyńska (http://www.dogadani.blogspot.com/p/goscie.html) zadziwiła mnie swoimi pasjami, radością życia i tym, że  z wielką miłością mówiła o swoim synku, którego chce wychowywać w duchu Rodzicielstwa Bliskości, w przygotowanym otoczeniu wg. Marii Montessori.  Chciałam spytać się o jej refleksje dotyczące relacji z synem - Jędrkiem.

A.R.: Kiedy zaczęła się Twoja relacja z synkiem?

Ewa: Jędrek, mój syn właśnie skończył 6 lat, więc nasza relacja trwa już 7. Kiedy pojawił się w naszym życiu, całą moją uwagę i koncentrację i czas skierowałam na cieszenie się tym faktem, na naukę i przygotowania do bycia mamą. Pamiętam jak wieczorem szłam spać, mąż pytał się, dlaczego tak wcześnie? Ja odpowiadałam, że idę poodczuwać jego ruchy.

A.R.: Zasypałaś się poradnikami?

Ewa: Wiedziałam, że trzeba selekcjonować informacje  z prasy i Internetu na temat wychowania, mimo to i tak byłam pełna stereotypowych poglądów na wychowanie dziecka.
Pamiętam pierwsze karmienie, kiedy patrzyłam na zegarek (mając wiedzę, że czas nie jest istotny), pierwszą noc w domu, kiedy odłożyłam synka do łóżka, a mój mądry mąż przekonał mnie do tego, że dziecko powinno spać ze mną, bo będzie czuło się samotne i opuszczone.

A.R.: I mimo tej wiedzy nadal łatwiej uwierzyć poradnikom niż intuicji?

Ewa: No właśnie, gdy miał pół roku, chciałam go nauczyć samodzielnego spania i trafiłam na metodę "3,5,7" - po dwóch minutach odpuściłam...

Zadaję sobie pytanie skąd takie pomysły?

Przecież uwielbiałam karmić, byłam przeszczęśliwa, kiedy spał ze mną. Teraz czasem też nam się zdarza. To chyba brak doświadczenia i pewności siebie, poza tym, to zupełnie nowa rola w której trzeba zaistnieć. Pewnie też strach przed tym "co powiedzą inni". Na szczęście każdy kolejny dzień uczył mnie bycia absolutnie po stronie Jędrka - w zasadzie fizycznie zawsze byłam, ale miałam wątpliwości czy dobrze robię.

A.R.: A kiedy nabrałaś wiary w swe siły, przekonania, że tak jak robisz jest dobrze dla Ciebie i dla Jędrka?

Ewa: Ostatecznie trafiłam na cudowne szkolenie i warsztaty do psychologów: Natalii i Krzysztofa Minge. Oni jasno i wyraźnie trafili do mnie , pokazując, że wszystko co robię jest dobre dla Jędrka, dla mnie dla męża, dla nas. To był przełomowy moment, poczułam ogromną potrzebę rozwijania się i zdobywania wiedzy o rozwoju człowieka. Służyło to mojej rodzinie, ale też przydaje się w mojej obecnej pracy z rodzicami.

A.R.: Jak wygląda twoja relacja z Jędrkiem dzisiaj?

Ewa: Zawsze byłam (i jestem) dla niego gdy mnie potrzebował. Myślę, że zalążkiem bliskiej relacji z synem był sposób karmienia - pierś pozwoliła mi na tworzenie bliskości. Karmienie przez butelkę też pozwala na stworzenie więzi, ale trzeba się o to bardziej starać. Na przykład nie ulec pokusie, że zrobię pranie, a dziecko odłożę do łóżeczka z butelką i "samo się nakarmi"...
To co pomogło nam w nawiązaniu wczesnej relacji to był język migowy. Język migowy dla niemowląt to świetny pomysł na "pogadanie", kiedy jeszcze słowa nie są w użyciu. To bardzo zbliża do siebie. Powiedziałabym to był strzał w dziesiątkę, bo bardzo szybko synek zaczął "migać" (komunikować) o tym co dla niego ważne. Nigdy nie bagatelizowałam jego spraw, starałam się zawsze do końca go wysłuchać i zrozumieć.
Staram się też dbać o jego samodzielność - stworzyć mu przestrzeń do nabywania doświadczeń. Jest to przeze mnie przemyślane i bezpieczne dla niego. Bardzo cieszę się, kiedy potrafi nazywać swoje emocje, kiedy ma "odwagę " powiedzieć mi, że robię cos źle.
Uwielbiam patrzeć, kiedy on oddaje światu to czego go rodzice, dziadkowie i koledzy uczą - czyli np. troskę o innych. Mam też zasadę, że nie okłamuję go, nawet w bardzo trudnych momentach.

A.R.: Ewa, dziękuję Ci, że znalazłaś chwilę, by podzielić się z nami swoimi rodzicielskimi doświadczeniami. Mam nadzieję, że to nie ostatnia nasza rozmowa.

Ewa: Aniu, ja również dziękuję. Najbardziej za to, że zdecydowałaś się na prowadzenie tego bloga, czyli spisywanie i systematyzowanie tak ważnych dla rodziców informacji. Teraz będzie mi łatwiej pracować - będę mówić:" Poczytajcie u Ani i Magdy!". Mam nadzieję, że znajdzie się tu miejsce także na krótkie opisy sytuacji spotykanych przez czytelników. Takie codzienne, częste momenty, które są przykładami "niedogadanych" i "dogadanych". Myślę, że nie po to by kogokolwiek obrażać, czy wyśmiewać - tylko, żeby pokazywać, że każdy rodzic, pedagog, psycholog, nauczyciel spotyka takie same problemy, a reagować na nie można różnie. Uświadamiajmy, skoro dano nam taką wiedzę!

Ewa Gąsienica - Brożyńska z rodziną.


sobota, 8 sierpnia 2015

Mówiłem, nie biegaj! Mówiłem?! A Ty co?!








Żal mi dzieci! Obserwuję rodziców na ulicy, w sklepie, na placu zabaw, na basenie, w parku itd. Często jestem świadkiem smutnych zdarzeń. Smutnych ponieważ nieprzyjemnych w skutkach dla dzieci.
Ostatnia obserwacja miała miejsce w parku (fantastycznym Parku Bajka w Błoniu). Chłopiec 4-5 letni bawił się na terenie wodotrysków, biegał, w pewnym momencie niefortunnie upadł i uderzył twarzą o podłoże rozcinając sobie wargę. Rozcięcie było dość poważne, bo krew się lała strumieniami. Chłopiec był przerażony widokiem krwi i bólem wargi, głośno płakał. Jego mama próbowała bezradnie zatamować krwawienie ale udawało się jej zachować względny spokój.
Przyszedł tato chłopca i naprawdę głośno, pięć cm. od twarzy chłopca zaczął krzyczeć:
-Mówiłem Ci, żebyś nie biegał! (chłopiec płakał przerażony)
-Mówiłem?! A Ty co?!

Chłopiec płakał w niebogłosy, był naprawdę przestraszony ilością krwi, bólem wargi, wyrazem twarzy mamy i na dokładkę przerażającym krzykiem taty. Rodzina po pierwszej fali uniesienia oddaliła sie na ławkę obok fontanny (obserwowałam ich nadal).
Mama poszła po lody by schłodzić skaleczone miejsce. Tato został z synem i teraz mówił, nie krzycząc:
-Jesteś głupi, raz przewróciłeś się to mówiłem, nie biegaj! A ty co? Dalej biegasz!

Kiedy słyszę takie słowa i widzę reakcje rodziców, to serce mnie boli. WSPÓŁCZUJĘ DZIECIOM, naprawdę.
Ostatnią rzeczą, którą potrzebują, jest krzyk rodziców. Kiedy są przerażone potrzebują wsparcia i zrozumienia. Kiedy coś je boli potrzebują miłości, nie wyzwisk i poniżenia.
Wygląda na to, że rodzice w sytuacjach stresujących zapominają o uczuciach dzieci. Automatycznie dają upust swojemu lękowi i wyrzucają go na tak bardzo już przestraszone dzieci. W ten sposób dziecko zostaje z ciężkim bagażem - lękiem swoim i rodzica.
Jak wesprzeć dziecko w sytuacji trudnej i jak inaczej wyrazić swoje emocje rodzice mogą się dowiedzieć z książki T. Gordona* i na kursach TSR.



Magda Kuprewicz

*T. Gordon, Wychowanie bez porażek czyli Trening Skutecznego Rodzica. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2014

Szanuję prawa autorskie.
woodleywonderworks

środa, 5 sierpnia 2015

Relacje rodzinne - Czy dziadek może być kimś szczególnym w życiu wnuczki?


Mam przyjemność przedstawić kolejnego gościa p. Ewę Sobotowską, bliską mi osobę, mieszkającą w USA (od 1983 roku przebywającą na emigracji) autorkę książki:" Jak mój dziadek zaskoczył Hitlera."*, zadałam jej następujące pytania:

A.R.: Jak kiedyś wyglądały relacje rodzinne?

Ewa: Twoje pytanie  - jak kiedyś wyglądały relacje rodzinne przyszło w sama porę. Właśnie porządkuję materiały do opowiadania o historii życia kobiet spotkanych na emigracji. Każda rozmowa z moimi bohaterkami zaczyna się od rodziny:

- urodziłam się w Jugosławii w rodzinie chłopskiej...
- moi rodzice pochodzili z typowej holenderskiej rodziny mieszczańskiej
- w Czeczeni straciłam rodziców, ale mieliśmy wielką rodzinę...

A.R.: Zdradzisz tytuł książki?

Ewa: Tytuł książki tworzy się, kiedy dzieło jest zakończone. Wreszcie będę konsultowała się z Maćkiem. Tak, tak - Twoim mężem, autorem świetnej literatury "Bez rewanżu"*. On jest skarbnicą wielu pomysłów.

A.R.: Czym była dla Ciebie rodzina? 

Ewa: Odkąd sięgam pamięcią, a pamięć mam doskonałą, najpierw była rodzina. Było nas dużo, bardzo dużo, a wszyscy byli mi jednakowo bliscy. Nie zdawałam sobie sprawy, że składała się ona nie tylko z ciotek, wujów, braci ciotecznych i stryjecznych, czy dziadków, ale i kuzynów dalszych i bliższych, czy powinowatych. Każdy był dla mnie ważny i odgrywał jakąś rolę w życiu.

Więzi te były dla mnie tak istotne, że kiedy ktoś spytał, czy moja niania jest ciocią, ostro zaprotestowałam, jak i nie przepadałam za nazywaniem znajomych przyszywaną ciocią czy wujkiem. Podświadomie dbałam o zachowanie ustalonej przez siebie definicji rodziny, gdzie każda najdrobniejsza zmiana doprowadziła by do zachwiania jej struktury.

A.R.: To trochę inaczej niż jest teraz. Obecnie każda potencjalnie miła osoba może stać się dla dzieci Ciocią lub Wujkiem. Może to dlatego, że teraz rodziny są małe, średnio liczą trzy osoby: mam, tata, dziecko?

Ewa: Nawet jeśli otoczeni jesteśmy ograniczoną ilością bliskich, jestem zwolenniczką prawidłowego nazywania. Podoba mi się hierarchia rodzinna. To wspaniała tradycja. Miałam wyjątkowego stryja. Jeśli mówiłam Stryj - wszyscy wiedzieli, że to brat mojego ojca, a nie przyszywany wujaszek.

A.R.: Z kim nawiązałaś jako dziecko najbliższą relację?

Ewa: Z Dziadkiem - Józefem Kiszkurno (olimpijczykiem, wielokrotnym mistrzem w strzelaniu do rzutków, wielkim patriotą), on był największym przyjacielem w moim dzieciństwie. Tak zresztą piszę w mojej książce, jeśli pamiętasz. Poświęcał mi wiele czasu, był cierpliwy, pokazywał to, co było mu najbliższe - las (Bory Tucholskie), świat zwierząt. Uczył mnie patrzeć , nie przechodzić obojętnie ścieżkami kniei, słuchać i rozumieć przyrodę. Nauczył mnie szacunku do otaczającego świata, a jednocześnie pozwalał partycypować w życiu dorosłych - zabierał na polowania, strzelnicę, pozwalał asystować przy grze w brydża i pokera. Nie było to typowe dzieciństwo.

A.R.: Teraz to chyba byłoby zupełnie nie do zaakceptowania. I smuci mnie to, bo mój syn ma "oko", ale nie ma ukończonych 14 lat, żeby móc postrzelać na strzelnicy...

Ewa: Ja natomiast miałam 10 lat, kiedy dziadek zaczął mnie uczyć "składania się do strzału". Korzystałam z delikatnej broni - dubeltówki Bernadelli - dwudziestki, tzn. kaliber 20.
Według niego była to damska broń. Ważyła prawie... Trzy kilogramy, co wydaje się niewiele, ale dla małej dziewczynki stanowiło problem.

Kiedy ręce mi mdlały, dziadek tłumaczył, że tylko uporem i praktyką dochodzi się do sukcesu. Obiecywał, że za każdym razem będzie łatwiej.

Była to dobra lekcja życia i nie uważam, że za wcześnie. Skoro zaczęłam mówić o broni, przypomniała mi się historia z życia w Stanach.

A.R.: Bardzo jestem ciekawa jaka?

Ewa: Zostałam wybrana jako ławnik w sądzie kryminalnym. Sprawa była poważna - oskarżenie o morderstwo. Wybierano skład loży. Było nas dwadzieścia osób. Przechodziłam przez wszystkie etapy. Zarówno prokurator jak i obrońca chcieli mnie wybrać, Na końcu rzucono pytanie: " Kto z ławników umie posługiwać się bronią?".
Automatycznie podniosłam rękę. Wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Zaczęłam opowiadać, że na studiach miałam szkolenie wojskowe, więc obsługa karabinu, rzucanie granatami - nie jest mi obce. W domu była broń... A strzelałam głównie z floweru i dubeltówki. Szybko podziękowano mi, nie pozwalając skończyć. Woźny wyprowadził mnie z sali sądowej, mówiąc: "Ale ich zatkało, Będzie o czym mówić." - powiedział na pożegnanie.

A.R.: Zostałaś potraktowana jak żołnierz...

Jeździłaś sama na wakacje do dziadków?

Ewa: Do dziadków jeździliśmy na wakacje rodzinnie. Wszystkie wnuki zjawiały się na miesiąc pod dodatkową opieką dalekich krewnych. Wtedy nie spędzałam dużo czasu z dziadkiem. Rodzice wysyłali mnie w ciągu roku na kilka miesięcy. Miałam go wtedy wyłącznie dla siebie. Jak wyjeżdżałam, tęskniłam do dziadka, ale nie rozpaczałam z powodu rozstania, bo oczywistym było, że zobaczymy się przy najbliższej okazji. Tyle było świąt, uroczystości, i innych wspólnych spotkań. Wracałam do domu (Warszawy), do rodziców, gdzie czekała na mnie moja niezastąpiona siostra. Wszyscy członkowie rodziny prowadzili własne życie, ale jeśli coś się wydarzyło, decyzje podejmowane były wspólnie. Wtedy czułam się bezpiecznie.
Miałam też dużo szczęścia posiadając przyjaciół ze szkoły, studiów, i cały szereg kuzynów, którzy też byli moimi przyjaciółmi.

A.R.: A jak według Ciebie teraz wygląda rodzina?

Ewa: Teraz jest inaczej - rodzina nie ma takiej siły, nie jest tą potęgą. Łatwiejszy jest kontakt poprzez Internet, samoloty docierają w każdy zakątek świata, wiemy mniej więcej wszystko co powinniśmy o sobie, ale zmienił się styl i tempo życia. Moje dzieci, dzięki wspólnemu wysiłkowi z mojej i mego męża strony, miały okazje poznać najbliższą rodzinę i jej historię, ale ich dzieci żyją już zupełnie inaczej. Powstają inne więzi, związki i priorytety. Obserwuję to z fascynacją, ciesząc się jednocześnie moimi rodzinnymi wspomnieniami i przeżyciami.

A.R.: Proszę, jakbyś miała użyć trzech wyrazów opisujących cechy jakie można przypisać rodzinie z czasów w których się wychowywałaś, a rodzinie współczesnej jakie byłyby to słowa?

Ewa: Wtedy: tradycja, siła, poczucie bezpieczeństwa
         Teraz: pomoc, bezpośrednia opieka, duchowe zjednoczenie.

A.R.: Mam nadzieję, że ta relacja między nami będzie miała swój ciąg dalszy w przyszłości - poprzez rozmowę na inny temat np. o żywności GMO lub o błędach w żywieniu dzieci?

Ewa: Z przyjemnością rozwinę te ciekawe tematy.



* Ewa Sobotowska "Jak mój dziadek zaskoczył Hitlera" - http://www.gandalf.com.pl/os/sobotowska-ewa/

*Maciej Rozdejczer "Bez rewanżu" -
http://www.sklep.gildia.pl/literatura/148694-maciej-rozdejczer-bez-rewanżu



wtorek, 4 sierpnia 2015

Może chcesz "emocjofon" by wywalić wór emocji? Tak, poproszę!







Z ubolewaniem muszę stwierdzić, że czas wakacji jest nie tylko miłym relaksem. Owszem wspólny rodzinny urlop to czas, który spędzamy naprawdę fajnie. Zabawa, odpoczynek i relaks są zabierane do wakacyjnej walizki jak para skarpetek. Funkcjonujemy na luzie, nie mamy obowiązków domowych, szkolnych i tych związanych z pracą, więc i warunki do mniejszej liczby konfliktów są sprzyjające.

Inaczej sytuacja wygląda kiedy jesteśmy w domu. Chłopcy chcąc się nacieszyć zwyczajnym przebywaniem w domu, w swoich pokojach, zdecydowali się na małą ilość wyjazdów (typu kolonie, obozy, półkolonie). Szanuję ich wybór, zresztą sprawa wyjazdów była omawiana na długo przed wakacjami. Przebywanie razem przez długi czas rodzi wiele napięć i konfliktów, między chłopcami i między mną i chłopcami. To w sumie dobrze, bo bez konfliktów nie ma pola do wypracowywania wspólnych rozwiązań  (a dla mnie praktyki w komunikacji zgodnej z filozofią T. Gordona).

Problem pojawia się gdy tych konfliktów do udźwignięcia jest dla mnie zbyt wiele, wówczas następuje przeciążenie łączy i zaczynam krzyczeć (na szczęście dla moich dzieci teraz tylko komunikatami "Ja"*). 

Po fali uniesienia emocjonalnego przychodzi jednak dołek. Mam wyrzuty sumienia, że aż tak bardzo się uniosłam. I w takiej sytuacji marzę o "emocjofonie". Takim telefonie dla rodziców po burzy i w trakcie burzy emocjonalnej. Jak ja bym się wygadała do takiego telefonu, ale bym mu powiedziała, wszystko bym do niego wywaliła - cały wór emocji, że nic by z nich nie zostało! Potraktowałabym taki telefon jak śmietnisko moich napięć i słabości. A po wszystkim poprawiłabym spódnicę i poszła miło spędzać czas z rodziną.

Przyznam, że idea takiego " emocjofonu" nie daje mi spokoju. Mam plan by stworzyć taką linię pomocy dla osób po kursie TSR. 


Magda Kuprewicz


*Przeczytasz o nich w książce Thomasa Gordona, Wychowanie bez porażek czyli Trening Skutecznego Rodzica, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 2014

Szanuję prawa autorskie.
https://www.flickr.com/photos/93095839@N08/

piątek, 31 lipca 2015

"W głowie się nie mieści" (Inside Out). Emocjonalna Bomba!






Rozrywka naprawdę na poziomie! "W głowie się nie mieści" to film animowany opowiadający o losach 11-letniej dziewczynki imieniem Riley. Pomysł na scenariusz wydaje się być oparty na popularnej serii "Było sobie życie", dzięki czemu ma duży walor edukacyjny. 

Przez cały film gościmy w głowie Riley widząc jak powstają fundamenty jej osobowości, jak tworzą się wewnętrzne "wyspy" - sfery: więzi rodzinnych, przyjacielskich, wartości wyznawanych w życiu itd.
Umysłem dziewczynki zarządza pięć emocji (są postaciami i kierują umysłem przez panel sterowania) Radość, Smutek, Gniew, Strach i Odraza. I to mi się najbardziej podoba. Emocje są świetnie pokazane i bardzo wymowne. Każda z nich jest wyjątkowa i charakterystyczna. Radość robi wszystko co może by Riley odczuwała głównie radość i tak się dzieje do momentu przeprowadzki rodziny dziewczynki do innego miasta. Stara się poradzić sobie z nowym domem, szkołą, utratą przyjaciół ale jest to dla niej bardzo trudne "system sterowania " ulega awarii.
Nie będę dalej opisywać wydarzeń by nie zdradzić zakończenia i nie zepsuć przyjemności oglądania przyszłym widzom.

Dodam natomiast, że "W głowie się nie mieści" to film nie z jednym ale wieloma morałami ;-)
Widz (zarówno mały jaki i duży) dowie się, że o emocjach należy rozmawiać i je akceptować, one po prostu są. Nasze odczucia to zawsze jest mieszanka różnych emocji. Nie wyrażone emocje czynią w naszym wnętrzu wiele szkód. Smutek, Gniew, Strach i Odraza są tak samo ważne i potrzebne jak Radość. Jest to spójne z podejściem Thomasa Gordona do emocjonalności człowieka.

Mój 7 letni syn Janek (i ja także) przeżywał te wszystkie emocje podczas seansu. Najbardziej podobała nam się  emocja Smutek i jej stosunek do świata ;-). Po filmie tematów do rozmowy było wiele. Wydaje mi się jednak, że film dla młodszych dzieci jest niezrozumiały. 7 lat to minimum a grupa docelowa to równolatkowie głównej bohaterki.


Dla mnie BOMBA!

Magda Kuprewicz


Szanuję prawa autorakie:
www.filmweb.pl

czwartek, 30 lipca 2015

W relacji z dzieckiem. "Tylko mi tu nie ciciuj"...


Przyznaję się, że zbyt często "ciciowałam". Kiedy dziecko płakało mówiłam: "Ciii, ale już dobrze".  Lub kiedy spało w samochodzie (chwila na którą każdy jeżdżący w dłuższe trasy, czeka jak na zbawienie), a tu nagle światło i ściszony silnik już tak nie "usypia". Widzę - przebudza się! Ja jednak bardzo chcę, by spało dalej i mówię: "Ciii, śpij, Ciii"...
Raz moje dziecko nie wytrzymało i powiedziało:
"Przestańcie tak do mnie mówić: Ci, ci! Nie chcę żebyście tak mówili, bo czuję się dziwnie!"

Moja córka powiedziała mi w innych słowac to, co próbuje przekazać T. Gordon rodzicom, że zdarza się nam zaprzeczać uczuciom dziecka. Nie potrafimy słuchać i podążać za dzieckiem.
Przecież jak otwiera oczy tzn. że już się wyspała. Po co negować ten fakt?
Dziecku potrzebna jest akceptacja.

Gdybym dziecku, które uderzyło się w kolano powiedziała:
"Przestraszyłaś się, że upadłaś. Boli Cię kolano", to dałabym mu poczucie akceptacji, zrozumienia, dla sytuacji w jakiej się znalazło.

A co by było, gdybym nie trafiła na metodę Gordona? Pewnie powiedziałabym tak:
- "No, no i masz, tyle razy ci mówiłam, nie biegaj!"
- "No, nie płacz, ale z ciebie niezdara!"
- "Już wszystko w porządku!"
- "Do wesela się zagoi."

A mój faworyt to: "Nic się nie stało!" (*bariery komunikacji)

Rodzic nic, tylko zaprzecza, a dziecku "serwuje" swoją nieakceptację...
To nie wpływa dobrze na psychikę dziecka.

Czy ja już nigdy nie używam faworyta pod tytułem: "Nic się nie stało?"
Niestety zdarza mi się, nie jestem ideałem. Często ulegam też własnym emocjom i nie zawsze wiem co powiedzieć, ale włącza mi się red alert, jak tylko faworyt opuści moje usta.

* Według Thomasa Gordona stosowanie barier komunikacji w stosunku do dzieci ma na nie wpływ destrukcyjny. Grozi to, tym, że dziecko przestanie mówić, poczuje się winne albo gorsze, że jego poczucie własnej wartości zostanie naruszone, że wytworzy się w nim postawa obronna, zrodzi żal, poczucie braku akceptacji i tak dalej.



Thomas Gordon "Wychowanie bez porażek"

wtorek, 28 lipca 2015

W rozmowie z Joanną Kiszkurno. O relacji podczas fotografowania.



Mam przyjemność przedstawić pierwszego gościa na blogu: panią Joannę, osobę mi bliską, znaną także jako postać wielu talentów: zajmuje się literatura rodzinną oraz pokazuje świat poprzez obiektyw aparatu fotograficznego, germanistka z wykształcenia, pedagog z zamiłowania. Dzisiaj udzieli odpowiedzi na moje pytania:

A.R.: Czy podczas robienia zdjęć, nawiązujesz relacje z przedmiotem (podmiotem) zdjęcia?

         Czy to jest w ogóle możliwe?

Joanna: Dla mnie to rzecz oczywista, więc odpowiem: Naturalnie!

Obojętnie, czy jest to rzecz, owad ze wszystkim wchodzę w specyficzną relację. Darzę moje modele wielkim szacunkiem. To one są częścią mego świata i moich działań. To one stwarzają, że mogę je ukazać wielu oczom, więc często łapię się na tym, że po zrobieniu zdjęcia po prostu im dziękuję. Tak, mówię: Dziękuję! To dla mnie takie oczywiste i uśmiecham się szeroko, bo słowo "Dziękuję" wywołuje u mnie poczucie radości z dobrze wypełnionej chwili.

Piękno, które towarzyszy moim zdjęciom widzę we wszystkim, co mnie otacza.

Tak bardzo go potrzebuję na co dzień do budowania mojej postawy, relacji z życiem. Mogę się tym dzielić, to robię z największą przyjemnością. Na świecie jest wiele osób, które otacza brzydota i to nie tylko rozumiana poprzez pryzmat rzeczy, ale także nastrojów, działań, słów...

Zdumiewa mnie reakcja ludzi na to ile brzydoty dostrzegają w pięknie stworzeń, które spotykamy.

A.R.: Ja nie przepadam za owadami, trudno mi się nimi zachwycić, no chyba, że na zdjęciu...

Joanna: No właśnie ile jest w ludziach prawdziwego przeżywania, a ile kulturowego dziedzictwa? Ale to już temat z innej półki...

A.R.: Jaka treść wypełnia podczas fotografowania Twoje myśli?

Joanna.: W czasie fotografowania na łonie natury często towarzyszy mi modlitwa dziękczynna, dotycząca cudu stworzenia i prośba o akceptację mojej obecności - intruza w trakcie fotografowania. Często proszę o przewodnictwo w znajdowaniu fascynujących rzeczy ze świata rzeczy martwych i przyrody.

A.R.: Czy nawiązujesz relację z przedmiotem, który fotografujesz?

Joanna: Relacja z przedmiotem, który fotografuję pomaga mi zrozumieć jego cechy i wartość. To dużo dla fotografa, bo ten, kto patrzy poprzez uczucie widzi więcej i może przekazać znacznie więcej.

A.R.: Czy aparat fotograficzny to wyłącznie przedmiot?

Joanna: Świetne pytanie! Aż się boję odpowiedzieć na głos, bo przecież nie każdy to zrozumie. Jednak z biegiem czasu nauczyłam się mieć własne zdanie i korzystać z niego.

(Pojawia się szeroki uśmiech na twarzy Joanny)

A.R.: To tak, czy nie?

Joanna: Oczywiście, że nie. Są takie dni, gdy aparat mnie nie lubi z jakiegoś powodu. Najczęściej wtedy, gdy długo nie wchodziłam z nim w relację. Są także takie dni, gdy jest szybszy ode mnie i zachowuje się jak żywa istota, odgaduje moje gesty wcześniej, zanim o nich pomyślę.

A.R.: Magia?

Joanna: Nie, żadna magia... Po prostu fajna relacja.

Joanna - Joanna Kiszkurno

A.R. - Anna Rozdejczer

 

poniedziałek, 27 lipca 2015

Relacje z małymi dziećmi. Dlaczego T. Gordon nie zgodziłby się na "wrzucanie" małych dzieci do wody?



"Wrzucanie",  czyli zmuszanie małych dzieci do kontaktu z wodą (morze), to  dla mnie widok dość smutny podczas urlopu.  Często wyglądało to tak: Mama lub tata z dzieckiem na ręku idą w stronę morza. Im są bliżej, tym bardziej słychać bunt dziecka. Apogeum płaczu i bezsilności dziecko osiąga już w wodzie, gdy na siłę jest zanurzane w czymś dla niego obcym, wielkim i zimnym.

Twarze rodziców mówią wiele, przeważnie są smutni (Starają się, a dziecko płacze!), zażenowani (...ponieważ inne dzieci bez trudu wchodzą do wody.), zdenerwowani (Zapłacili bowiem, by przylecieć tu, gdzie zawsze jest słońce, a dzieciak się drze...), obojętni (Ukrywają emocje, bo inni się patrzą.). Przeglądam się ich twarzom i znajduję na nich te same rozterki, które kiedyś i ja miałam.

Dlaczego T. Gordon prawdopodobnie by się nie zgodził na wrzucenie dziecka gwałtem do wody?

Nawet niemowlęta mają swoje potrzeby, które dorosły musi zaspokoić, ponieważ dziecko na tym etapie rozwoju jest uzależnione od dorosłego. Jeśli nie mówi jeszcze, to jedyny język jakim komunikuje swoje potrzeby jest: Płacz.
To, że dziecko nie umie mówić, nie powinno dorosłego "rozgrzeszać" z aktywnego słuchania komunikatów niewerbalnych (płacz). Rodzic to trochę taki "agent", który powinien chcieć rozszyfrować ten lub inny komunikat swojej pociechy.

Przedstawię wymyślone, ale realne sytuacje. W jednej będzie rodzic, który próbuje aktywnie słuchać i opowiadać na potrzeby dziecka, w drugiej (częstszej), który nie słucha i stosuje blokady komunikacji.

Mama/tata zbliża się do wody i zanurza stópki dziecka w wodzie.
Dziecko zaczyna płakać.
Mama, bierze je na ręce mówiąc np.: "Zimno ci w nogi." -  i zabiera dziecko na piach.
Dziecko płacze dalej.
Mama: "Chce ci się pić." - i daje mu pić.
Dziecko płacze dalej...
Mama: "Jesteś głodny." - i daje mu np. banana.
Dziecko przestaje płakać.
Sytuacja mogłaby wyglądać inaczej, może inna potrzeba byłaby do zaspokojenia, ale to, co zrobił rodzic, było pójściem za "głosem" dziecka.

Sytuacja mogłaby wyglądać też tak:(i tak wyglądała, niestety często)
Mama/tata zbliża się do wody i zanurza stópki dziecka w wodzie.
Dziecko zaczyna płakać.
Mama wchodzi dalej i zaczyna mówić:
"Nie płacz, nie płacz"
Dziecko płacze coraz głośniej.
"Zobacz jaka ciepła woda"
Płacze.
" Chlupu , chlupu"
Płacze.
" Popatrz wysoko leci samolot"
Płacze.

Co gorsza, rodzice zaczynają się śmiać ( często z własnej bezsilności, oni się tak starają, a ten dzieciak ryczy i ryczy).
Ta sytuacja blokuje zarówno rodzica i dziecko. Rodzic wychodzi z wody, sadza, lub kładzie dziecko na piachu i daje mu się wypłakać. Dziecko takie potrafiło długą chwilę płakać, w końcu trudno mu się dziwić, czuło się niewysłuchane w swoich potrzebach i nieakceptowane. 

Odpowiedzialność za komunikację (podkreśla T. Gordon) między dorosłymi a dziećmi spoczywa na dorosłych! To my, rodzice, jesteśmy pierwszymi nauczycielami dzieci.

"Aby móc skutecznie pomagać konkretnemu dziecku w jego indywidualnej sytuacji, ojciec czy matka muszą dziecko zrozumieć. Osiągają to przede wszystkim poprzez uważne słuchanie komunikatów dziecka, choćby tylko niewerbalnych."

Anna Rozdejczer

Thomas Gordon "Wychowanie bez porażek".





środa, 22 lipca 2015

Relacje rodzice - dzieci. Paddington, przemiana, szczerość - jak to się może łączyć?


Thomas Gordon napisał, że kiedy dwoje ludzi zostaje rodzicami, dzieje się coś dziwnego i niedobrego. Zaczynają odgrywać pewna rolę, zapominając, że są ludźmi. Jak autor podsumowuje, przemiana taka jest nader niefortunna, ponieważ zapominają, że są wciąż ludźmi, tracą w efekcie swobodę bycia sobą...*

To właśnie przypomina mi scenę z filmu "Paddington"- Paula Kinga, (  wg. mnie porywająca bajka, z czymś więcej niż tylko dobrą fabułą, ale jak się zastanowić z pięknym przesłaniem) w której doskonale widać metaforycznie ujętą ową przemianę. Dwoje rodziców, jedzie do szpitala na motorze, by powitać na świecie swoje dziecko. Są roześmiani, są sobą...

Jednak jak wychodzą, czeka już samochód, ojciec przejęty odpowiedzialnością, zdenerwowany opuszcza szpital. Metafora - ale jakże pięknie przedstawiająca te procesy wchodzenia w rolę rodzica.

Zapominanie o sobie, własnych potrzebach i pragnieniach, może stanąć nam "ością w gardle". Przecież, nie chcemy przed dzieckiem "grać" kogoś innego niż jesteśmy.
Ja chcę być:
AUTENTYCZNYM rodzicem...

Posiadać świadomość własnych granic. Czy ja mogę, muszę akceptować dziecko, które płacze, tarza się po podłodze i krzyczy?
Nie ma we mnie empatii ani zgody na takie zachowanie.

Staram się, nie udawać przed dziećmi. Dzięki temu, rozmawiam z nimi o moich potrzebach, bo je mam, a jak ich nie zrealizuje, to "urośnie" we mnie frustracja, która po jakimś czasie wydobędzie się ze mnie jak lawa z wulkanu.

Plus taki, że dzieci nie traktują mnie jak wszechwiedzącej matki, myślę, że czują, że jestem z nimi po prostu szczera i prawdziwa.

Anna Rozdejczer
 
* T. Gordon "Wychowanie bez porażek"
 
Szanuję prawa autorskie:
Richard Walker There is a Truth


niedziela, 19 lipca 2015

Mitologia rodzicielska. Mit o „wspólnym froncie”.


W kontekście rodziny, mit o Wspólnym froncie" mówi o jednakowym stosunku rodziców do...? Wygląda na to, że do wszystkiego, co dotyczy wspólnego wychowywania dzieci. Wiele książek psychologicznych i poradników wychowawczych radzi, by rodzice reprezentowali wspólne stanowisko wobec sytuacji konfliktowych powstających na linii rodzice - dzieci.

Reprezentowanie wspólnego stanowiska jest mitem. Jest to wymaganie NIEMOŻLIWE do spełnienia. Rodzice nie są jednym tworem realizującym założenia wychowawcze. Rodzice to mama (np. Kasia) i tato (np. Tomek). Zakładając, że Kasia i Tomek bardzo się kochają, szanują i lubią są jednak odrębnymi jednostkami, mającymi wspólny front wobec pojawiających się problemów (na linii: rodzice - dzieci) niesie ze sobą widmo fałszu.

Przykładowo Kasia ma problem, kiedy dzieci chodzą po domu w butach, Tomkowi to nie przeszkadza. Mit o "wspólnym froncie" wymusza tworzenie wspólnego stanowiska wobec problemu Kasi. Kasia wysyła do dzieci komunikat, że nie chce by dzieci chodziły po domu w butach, bo nie lubi piasku na podłodze i musi częściej sprzątać. Jest szczera i prawdziwa wysyłając swój komunikat, mówi to co czuje i myśli. Tomek ma inne przekonania, piasek nie jest dla niego problemem, jednak zgodnie z zasadą "wspólnego frontu" wysyła do dzieci komunikat barku akceptacji takiego zachowania. Co się wówczas dzieje z relacjami?

Ojciec wysyła komunikat, który obciążony jest fałszywą akceptacją. Zarówno ojciec jak i dzieci nie czują się z tym dobrze. Ojciec, bo zrezygnował ze szczerości i prawdy wobec dzieci a dzieci odebrały komunikat niespójny. Na poziomie werbalnym informacja brzmi:
" Piasek na podłodze to dla mnie problem" ale na poziomie niewerbalnym (gesty, mimika, ton głosu) to informacja: "Piasek mi nie przeszkadza". Dzieci są skonsternowane, nie wiedzą jak się zachować. dzieci w trudnym położeniu pragną akceptacji i miłości, nie chce im się ściągać butów, ale tak naprawdę, to nie wiedzą o co ojcu dokładnie chodzi (ściągać czy nie ściągać).

"Pozostawienie dziecka w takim klinczu może poważnie wpłynąć na jego zdrowie psychiczne...
Powtarzająca się tego typu sytuacja może wywołać u dziecka poczucia, że nie jest kochane. Może skłonić je do "wypróbowywania" miłości rodziców, obciążać brzemieniem niepokoju, potęgować w nim wrażenie niepewności".

(Cytat z książki T. Gordona, Wychowanie bez porażek. Czyli Trening Skutecznego Rodzica, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 2014)

Magdalena Kuprewicz
 
Szanując prawa autorskie,
podaję Autora zdjęcia:
 
 


sobota, 18 lipca 2015

W relacji z ciałem. Olej kokosowy - wielozadaniowiec.


"Wiem co jem, wiem co kupuję" - to popularny trend promowany przez telewizję i nie tylko, nie są to "doskonałe" programy ale robią dobrą robotę uświadamiania społeczeństwa. Ja od wielu lat patrzę na to co jem (co wkładam w siebie) i na to jakich kosmetyków używam (co nakładam na siebie).

Ostatnim moim faworytem jest OLEJ KOKOSOWY wg mnie jest świetny! Stosuję go w kuchni do pieczenia, gotowania i smażenia (można go podgrzewać do wysokiej temperatury). Używam do higieny i detoksykacji - płuczę jamę ustną. Stosuję do ciała jako balsam i jako krem do twarzy (nawet na dzień w małej ilości), używam również jako odżywkę do włosów, zarówno na skórę głowy jak i na końcówki włosów. Osobiście bardzo lubię delikatny zapach oleju kokosowego jak i jego konsystencję. Skóra po nim jest nawilżona i napięta. Ważne jest by kupić  olej nierafinowany dobrej jakości, jest do dostania bez problemu w sieci. Polecam! Sama natura.

Magdalena Kuprewicz
 
 


Szanuję prawa autorskie:


Konflikt jest elementem każdej relacji.

 


W związku z urlopami i dłuższym czasem spędzonym ze swoją rodziną i wśród innych rodzin, nasunął mi się ten temat. Posłużę się cytatem z najlepszego poradnika dla rodziców pt.: " Wychowanie bez porażek", ponieważ nie ujmę tematu lepiej niż Thomas Gordon.

"Konflikt stanowi moment próby dla relacji - sprawdzian jej kondycji w sytuacji kryzysu, który może ją zarówno osłabić jak i wzmocnić, to ważne wydarzenie mogące pozostawić trwałą urazę, podskórną wrogość, blizny psychiczne. Konflikty mogą odsuwać ludzi od siebie nawzajem albo bardziej ich zbliżać; zawierają w sobie ziarno destrukcji, ale także ziarno większej jedności; przynoszą stan wojny albo głębszego porozumienia.

Sposób rozwiązywania konfliktów to najważniejszy bodaj element relacji: rodzice - dziecko.

Rodzice rzadko aprobują fakt, że konflikt stanowi element życia i to niekoniecznie zły. Zwykle traktują go jako coś, czego należy za wszelką cenę unikać - czy pojawia się między nimi a dziećmi, czy między samymi dziećmi. Często mężowie i żony chwalą się, że nigdy  nie doszło między nimi do poważniejszego konfliktu -  jakby to miało znaczyć, że łączy ich znakomita relacja...

Zwykle rodzice boleśnie przeżywają sytuacje konfliktowe, martwią się z ich powodu i zupełnie nie wiedzą, jak sobie z nimi konstruktywnie poradzić. W rzeczywistości dziwna byłaby to relacja, gdyby w pewnym momencie potrzeby jednej osoby nie znalazły się w kolizji z potrzebami drugiej. Tam gdzie mamy dwie osoby (albo dwie grupy), musi pojawić się konflikt, ponieważ ludzie są różni, różnie myślą i mają odmienne potrzeby i pragnienia.

Konflikt nie musi być czymś złym; jest elementem każdej relacji...

Konflikt w rodzinie, otwarcie wyrażany i akceptowany jako zjawisko naturalne, jest dla dzieci zdrowszy, niż sądzi większość rodziców...

W relacji międzyludzkiej liczy się sposób, w jaki konflikty są rozwiązywane, nie ich liczba... Jest to czynnik najważniejszy i to on przesądza o tym, czy relacja będzie zdrowa czy nie, satysfakcjonująca obie strony czy rozczarowująca, przyjazna czy nieprzyjazna, głęboka czy płytka, serdeczna czy chłodna."

Ja zachęcam do przeczytania lektury w całości.
 Magdalena Kuprewicz

Szanuję prawa autorskie:
Anna M all we are sayin' is give peace a chance