czwartek, 21 stycznia 2016

Ja i ja.

fot. Adam Bukowski


„Napisałbyś coś” mówi do mnie małżonka.

Jakoś się krzywię, bo z blogami u mnie na bakier.
Miałem ich więcej, niż dziewczyn w swoim życiu. I zawsze po jakimś czasie przychodził ten moment, gdy mówiłem sobie, że mi się już nie chce. A to wejść za mało, a to komentarz niepochlebny,  a to szkoda funduszy na inwestowanie w coś, co nie wiadomo, czy się kiedykolwiek zwróci.

Z drugiej strony zacząłem się zastanawiać… czy naprawdę nie mam nic do powiedzenia? Cóż, pomyśleć nie zaszkodzi, zresztą w tym jestem dobry.
Tak, dużo myślę, fantazjuję (bez podtekstów!), więc zacząłem główkować.

Relacje…

Relacje…

Tia…

Dobra, to po kolei (kolejność przypadkowa). Z kim ja mam relacje i mógłbym je opisać?


ŻONA

To może innym razem. Życie mi miłe.


DZIECI

Przeczytają za 10 lat i się obrażą… NO WAY!


PIES

Jedyna relacja, to daj jeść, podrap, wyjdź na spacer i nie licz, że ci to jakkolwiek wynagrodzę. No, poza faktem, że po prostu jestem fajnym pieskiem.

KLIENCI

Może innym razem. Na firmie mi zależy. Jak będę stary i bogaty.


SĄSIEDZI

Za mało ich dookoła, domyślą się o kim  piszę.

RODZINA

Patrz punkt ŻONA.

No i? No właśnie, średnio to wygląda. Nie zrozumcie mnie źle, relacje są bardzo ważne i sam się uczę jak się komunikować z innymi, no wiecie, aktywne słuchanie, konflikt interesów itd. Ale aż takim dyplomatą nie jestem. Ale moment… Jest jeszcze ktoś.
Ktoś z kim przez długi czas w ogóle nie rozmawiałem, ktoś, kogo nie słuchałem aktywnie. Nie konfrontowałem, ani nie konsultowałem się z nim. Aż do niedawna.

 JA SAM.

Relacje z samym sobą?!
Wolne żarty. Idź się przewietrzyć, pomyślicie, to tak naciągane, jak konieczność zakupu Pendolino. Ale ja jestem całkiem poważny.
Nawiązałem relację z samym sobą i to całkiem niedawno. Mniejsza o okoliczności, ale przypadkowe nie były i owo nawiązanie relacji było wynikiem długiej pracy nad sobą. Przykład?

Zawsze chciałem być dobrze zbudowany. Jakby nie patrzeć, jestem facetem (i nie zamierzam tego zmieniać!) i to słowo „zawsze” jest  całkiem zasadne.  
Podejść do siłowni było wiele. Jeśli dobrze pamiętam, to będzie z 5. Jak żadnej nie było w pobliżu, to „uff”! Ma się wymówkę. Ale jak już otworzyli, to musiałem się zapisać. I zapisywałem się.
Najpierw do jednej, potem do drugiej (bo w międzyczasie otworzyli ładniejszą), potem znów do tej drugiej (bo zdążyłem się z niej wypisać) i tak w koło Macieju.

A co się zmieniło, że teraz chodzę i nie zamierzam przestać?
Bo porozmawiałem sam ze sobą. No wiecie, nie tak dosłownie, ale zrozumiałem samego siebie, co szło nie tak, w czym był problem. Bo zaczęło mi to doskwierać (by nie napisać, że porządnie wkurzać).
Czemu, czemu, czemu? Czemu zawsze tak się kończy?

 I zaskoczyło. W czym był  problem? Come on! To proste. Odczytałem Matrixa:

- najpierw jest zapał

- potem zdziwienie, że po 5 wejściach nie wygląda się przynajmniej jak wczesny Stallone

- potem lekki spadek euforii

- następnie przekonywanie siebie, że jest się intelektualistą i takich rzeczy jak ćwiczenie na siłowni, to nie wypada robić

- na koniec długa lista powodów, która jest tak przekonująca, że tylko wariat wybrałby się do siłowni.


Zresztą, czy tak nie jest z wieloma naszymi planami. A wiecie dlaczego?
Bo ktoś nam cały czas wmawia, że realizowanie siebie,  gonienie za swoim dream, że to jest way do sakces, to jest great, fajne itd. Gucio prawda.
Na początku może i jest fajnie, ale potem jest nuda i niedobrze się robi, gdy trzeba znów robić to samo. I nikt mnie nie przekona, że tak nie jest. Bo nawet BONO z U2 wyrywał sobie włosy podczas nagrań, bo mu nie wychodziło. Bo 90% naszego czasu zajmuje nuda, pot, łzy, wściekłość. I to jest normalne. Nie wyobrażam sobie inaczej.
I gdy to zrozumiałem, przestałem się zastanawiać czemu mi się znów nie chce na siłownię. Zdziwiłbym gdyby mi się zawsze chciało. Oznaczałoby  to, że jestem uzależniony. A tego nie chcę.

A ha. Żeby nie było. Jednego nie może brakować. Celu.
Maciej Rozdejczer

 

piątek, 15 stycznia 2016

Rodzicu - przejdź na jasną stronę mocy.








Zwykły codzienny poranek. Przeciętna polska rodzina. Mama, sama ledwo przytomna pionizuje się z oporem, by przygotować dziatwę do szkoły. Zaczyna od porannej toalety. Osoba, której spojrzenie napotyka w lustrze patrzy na nią z wyraźną pretensją.

- Jezu po co oglądałaś "Interstelar" do 1:30? Pyta samą siebie.

- Dobra bierzemy byka za rogi. Mówi i zabiera się za: ogarnięcie własnej, przemęczonej facjaty, włosów, odnalezienie w wiecznie zawalonej praniem pralni jakichkolwiek części garderoby, nadających się do założenia bez uczucia, że się wygląda grubo, staro, brzydko i klaunowato. Następnie wybiera dzieciakom odpowiednie do szkoły bluzki, spodnie, podkoszulki, skarpetki, gatki i bluzy.

- Uf. Teraz je trzeba wyprasować, by prezentowały się schludnie w murach zacnej szkolnej instytucji podstawowej. Ok. zrobione, jest dobrze, mam dobry czas, myśli.
Wpada do pokoju jednej latorośli. Zapala światło.

- Witaj kochanie. Wstaje nowy piękny dzionek - świergoli, sama w to nie wierząc.

- Zgaś to światło. Mamrocze "maleństwo".

- Wstawaj kochanie, trzeba iść do szkoły - mówi.

- Nigdzie nie idę! - "maleństwo" podnosi głos.

- Wszystkie dzieci chodzą do szkoły i ty też musisz - odpowiada spięta, bo widzi w jakim kierunku zmierza. Zawsze tak samo! Wybucha w myślach znużona.

- Ja nie muszę - odpowiada sennie małolat i zakopuje się głębiej w kołdrę.

- Dobra idę budzić twojego brata, jak zawołam to masz przyjść na śniadanie.

- Ale ja nigdzie nie idę - rzuca walecznie, by nie było wątpliwości, co do jego poczynań.

- Cześć kochanie! - mówi wchodząc do pokoju, ukochanego prenastolatka.

- Zgaś światło! - rozkazuje, kolejny chętny do wstawania.

- Wstawaj proszę, bo się spóźnicie do szkoły.

- Nie chce mi się, boli mnie brzuch! - biadoli.

- Paluszek i brzuszek, to szkolny leniuszek - żartobliwie rzuca zdesperowana, by rozluźnić atmosferę.

- Tak!!! A skąd ty możesz wiedzieć, że mnie nie boli! Jak mówię, że mnie boli to mnie boli! Nigdy mi nie wierzysz! - krzyczy wkurzony prawie-nastolat.

- Nie krzycz do mnie od rana! - wrzeszczy przybita zarzutami i bezskuteczna  w budzeniu dzieci.

- Nigdy mi nie wierzysz! - ripostuje syn. - Zawsze jak mnie coś boli, to mówisz, że wymyślam.

- Ale ja teraz nie powiedziałam, że wymyślasz - brnie dalej w bezsensowny dialog.

- Nigdzie nie idę! - broni swojego dziecko.

- A właśnie, że idziesz! - krzyczy jeszcze bardziej rozjuszona. - Masz natychmiast wstać! Czekam na ciebie w kuchni! - wychodzi strzelając piorunami z zaczerwienionych oczu.

Taka scenka rozgrywa się w wielu polskich domach każdego poranka. To oczywiście tylko mały przykład, tego jak wygląda dialog i relacja w schematycznym wykonaniu. 

Ilu rodzicom z trudem przychodzi zbudowanie przestrzeni do rozmowy? 
Ilu rodziców wykorzystuje swoją dominację rodzicielska, by osiągnąć cel? 
Ilu rodziców stosuje krzyk, by wymusić posłuszeństwo od dzieci? 
Ilu rodziców czuje się bezradnie? 
Ilu rodziców wykorzystuje schematy w kontaktach z dziećmi? 
Ilu rodziców ma poczucie winy, z powodu wypowiedzianych do dziecka słów? 
Ile dzieci czuje się niezrozumianych i niewysłuchanych? 
Ile dzieci czuje się ośmieszonych i wyśmianych? 
Ile dzieci czuje, że nie może porozmawiać ze swoimi rodzicami?  Itd...

Rodzicielstwo ma często ciemną stronę. Sama tego doświadczam każdego dnia. Ciemna strona jest silna, zakorzeniona w dzieciństwie i wychowaniu. Często jest wywoływana przez emocje, których w rodzinie nie brakuje, a które uruchamiają schematyczne reakcje.

Pocieszająca jest wiadomość, że można przejść na jasną stronę rodzicielstwa. Można używać rodzicielskiej mocy, a nie siły. Poznanie przez rodziców kilku podstawowych umiejętności, znacznie poprawia relacje i stwarza przestrzeń do bliskości. Każdy rodzic może zmienić swoje przyzwyczajenia i zawalczyć o dobrą, budująca atmosferę w rodzinie. Rodzicu! Przejdź na jasną stronę mocy;-) 


Magda Kuprewicz
Szanuję prawa autorskie: https://www.flickr.com/photos/87044997@N08/

piątek, 1 stycznia 2016

Do kogo nie doszły Misie?





Chcąc pomóc, trafiłam na akcję Miś dla Franka. Napisałam wtedy post by wesprzeć tę akcję.  

Przecież nie chodziło o same Misie, ale żeby Frankowi pomóc.

Misie przy naszym stole Wigilijnym nie zasiadły, bo do nas nie przyjechały. ..

To nic rzekłam sobie, przecież pomoc i tak trafi do rąk najbardziej potrzebującego. Czy jednak na pewno?

Okazało się,  że nie tylko ja nie dostałam Misi, ale również dwie osoby o których wiem, że wpłaciły dawno temu,  Misi również nie dostały…

To bardzo trudne pisać ten tekst, bo z jednej strony nie chciałabym „iść na wojnę” z pomysłodawczynią, z drugiej strony po rozmowie z Mamą Frania i wyjaśnieniu jak od „kuchni” wygląda cała akcja, czuję się w obowiązku napisać, że akcja jest dość nieudana.

Sama p. Joanna Rachańska (mama Frania) była bardzo zaskoczona, że akcja przyjęła taki obrót. 

Mam nadzieję, że mimo poślizgu czasowego Misie dojadą, a pieniądze trafią do Mamy Franka.

Wszystkich tych, którzy wsparli akcję przepraszam, za to, że Misie do nich nie dotarły.

 Ja i Joanna Rachańska bardzo prosimy, żebyście nie porzucali entuzjazmu pomagania, wtedy gdy liczy się każdy grosz, by umożliwić Frankowi operację i powrót do zdrowia.

Akcja Miś dla Frania została zamknięta.
Niekonwencjonalna nie szyje już misiów dla Franka.

Jeśli chcecie pomóc, a dziecko nie może czekać, wejdźcie na stronę :


Rodzice i sam Franek, będą wdzięczni za każde okazane wsparcie.
Anna Rozdejczer
Joanna Rachańska


wtorek, 29 grudnia 2015

Co ma klops do miłości?

 

Czy oglądaliście film "Klopsiki i inne zjawiska pogodowe'?

Zanim przejdziecie do czytania tekstu , który połączy muzykę Bjork z filmem, proszę włączcie sobie do wysłuchania piosenkę: "All is full of love".

Ta melodia i tekst utworzą całość, a o to chyba chodzi w miłości.
http://www.tekstowo.pl/piosenka,bj_rk,all_is_full_of_love.html

Dzisiaj będzie o bajce dla dzieci, a konkretnie o filmie: "Klopsiki i inne zjawiska pogodowe" (Cloudy with a chance of Meatballs, Anna Faris, 2009).
Pewnie trochę jesteście skonsternowani, czemu ma być to wpis o bajce dla dzieci w kontekście  tak pięknej muzyki... Jak to połączyć?
Dla mnie skojarzenia są oczywiste. Film porusza między innymi zagadnienie kodu miłości.

Kodem miłości nazywam wszystko, co jedna osoba przekazuje innej, a ta druga umie to właściwie odczytać.

W miłości wydaje mi się, chodzi o przekazanie uczuć w taki sposób, by druga osoba była w stanie je zrozumieć i właściwie odczytać.
Jeśli obserwujecie siebie i innych ludzi, to wiecie , że to nie takie proste mówić i być dobrze zrozumianym...
Bohater bajki to młody gość (Flint Lockwood), pełen pomysłów, wiary i chęci. Chciałby by jego ojciec był z niego dumny.
Poczucie akceptacji jest kluczowe, by dobrze czuć się z sobą i z innymi (więcej o tym mówimy na kursie Treningu Skutecznego Rodzica*).

Czy ojciec jest z niego dumny?...

No, nie - mimo że ojczulek się stara, mimo miłości zawieszonej w powietrzu jak mgła - syn wciąż czuje, że nie zaspokaja swojego ojca. Ma uczucie, że de facto mógłby być kimś innym, może byłoby wtedy łatwiej o wspólną relację?

Bohater ma przyjaciela Zenka  - małpkę, z którą może porozumieć się przez echo-radio-lokator (tzn. sprzęt założony na głowę tego zwierzątka, odczytuje jego myśli i tłumaczy na zrozumiały język).

Ojciec próbuje skomunikować się z synem, ale syn go nie rozumie, bo kod, którego on używa, do niego nie dociera. To co mówi, jest nieczytelne...
Do momentu, gdy sprzęt Zenka ląduje na głowie ojca.
Wtedy za pośrednictwem aparatu, dowiadujemy się, co ma na myśli ojciec, a jego słowa nabierają mocy i stają się zrozumiałe dla syna. To naprawdę wzruszający moment i już nie ważne, czy z nieba będą spadać: klopsy, hambuksy, czy hot - dogi...

Czy używacie "właściwego" kodu miłości, czy umiecie kochać partnera, swoje dzieci, tak by oni to rozumieli i czuli?
Trudne pytanie, a jeszcze trudniejsza odpowiedź, bo niby jak to sprawdzić?

Może poczuciem akceptacji, może wiarą we własne siły i dobrą samooceną?

Czasami stojąc z boku, widzę jak bardzo przydałby się "echo-radio-lokator" wielu osobom i ilu stałoby się dzięki niemu szczęśliwymi.

To tak jak w piosence, czekamy na miłość ustawieni w jakimś kierunku, ale tam jej może nie być.

Może kod zadziała z innego miejsca?
"(Wszystko jest pełne miłości)
Której po prostu nie odbierasz
(Wszystko jest pełne miłości)
Twoja słuchawka zdjęta z widełek
(Wszystko jest pełne miłości)
Wszystkie twoje drzwi zatrzaśnięte
(Wszystko jest pełne miłości)
http://www.tekstowo.pl/piosenka,bj_rk,all_is_full_of_love.html

Anna Rozdejczer

*Najbliższy Trening Skutecznego Rodzica zaczynamy 9.01.2016!
Spróbujecie popracować nad własnym echo-radio-lokatorem :)
Jeśli macie pytania, to piszcie proszę na adres: relateka @gmail.com




niedziela, 20 grudnia 2015

Życzenia Świąteczne!


W starym roku dziękujemy wszystkim poznanym osobom, które miały realny wpływ na to, że mogłyśmy się rozwijać, zdobywać wiedzę, przekazywać ją, dzielić się  naszym doświadczeniem.

Pragniemy, by rodzice nauczyli się jak kształtować pokojowe relacje z dziećmi po to, by świat był lepszy.

Życzymy wszystkim uczestnikom naszych kursów, by z uporem i konsekwencją nie poddawali się przeciwnościom losu, ale by mieli w sobie determinację, by osiągać satysfakcjonujące kontakty w rodzinnym gronie.

Planujemy nowe kursy w Nowym Roku! :)

Głęboko wierzymy, że relacje zaczynają się w rodzinie, a im są lepsze, tym życie staje się przyjemniejsze i bardziej wartościowe.

Spotkajmy się w Nowym Roku wypoczęci i szczęśliwi!

Wesołych Świąt pełnych dobrych relacji!

Życzą: Ania Rozdejczer i Magdalena Kuprewicz

poniedziałek, 30 listopada 2015

Jedenastolatek, buntownik prawie bez powodu.






   Kolejny wpis inspirowany życiem.

   Jedenastolatek, to u mnie chleb  powszedni, to już nastolatek a przed-dorastanie to właśnie 11-13 rok życia. Jak sama nazwa wskazuje, to przedsmak dorastania. Zaczerpnęłam języka w literaturze tematu i to podsuma moich dociekań.

  Jedenastolatek zaczyna swoją przygodę z dojrzewaniem i jest to związane z nieodzownymi zmianami hormonalnymi. Proces ten ma na celu usamodzielnienie psychiczne młodego człowieka.
  Jedenastolatek zwykle wygląda jakby był obrażony i zwykle właśnie tak jest.
Prawie wszystko mu się nie podoba, spodnie są za wąskie, koszulka za czerwona, buty za wysokie lub za niskie a obiad jest niesmaczny, nawet jeżeli zostało przygotowane ulubione niegdyś danie. Teraz nasze dziecko domaga się pytania o swoje preferencje i oczekuje by to zdanie było rzeczywiście brane pod uwagę.

  Jedenastolatek jest często rozdrażniony oraz prawie stale poddenerwowany i spięty. W celu rozładowania napięcia uruchamia szeroką gamę zachowań, które jemu "pomagają", należą do nich: chrząkanie, zacinanie się, obgryzanie paznokci, długopisów, ołówków, rozdrapywanie skóry, kręcenie włosów ale także dyskutanctwo, podważanie norm i zasad, kłótliwość z rodzicami i nauczycielami, płaczliwość, przeklinanie, wyzywanie i plucie. Po takich redukcjach napięcia jedenastolatek jest zwykle zawstydzony, wyciszony i baaaardzo zmęczony. 
Często napięcia pojawiają się w postaci objawów chorobowych. Warto jednak pamiętać, że słynne bóle paluszka, brzuszka i główki są psychosomatyczne ale bolą jak prawdziwe;-)

   Najczęściej awanturuje się z matką, jest ona znacznie gorzej traktowana niż ojciec (chociaż, częsta nieobecność wynikająca z zapracowania może pozbawić tatę tego przywileju). Przy okazji jest wybierana jako "ściana płaczu". Do kłótni, dochodzi także z rówieśnikami. Pomimo, że bardzo zależy jemu na "posiadaniu" przyjaciół, to potrafi wprost pokazać swoją złość. Może zatem zdarzyć się między nim a kolegą/koleżanką ostra kłótnia, nie powstrzymana nawet przebłyskiem myli o dobrych manierach. Po takiej koleżeńskiej burzy wszystko wraca szybko do normy (zwłaszcza wśród chłopców), gdyż życie towarzyskie jest celem nadrzędnym. 

  W tym wieku u chłopców i dziewczynek zaczynają pojawiać się fizyczne oznaki dojrzewania. Zainteresowanie tymi zmianami jest duże i oczywiste. Jest to okres poszukiwania informacji na temat seksualności, eksplorowana jest literatura, czasopisma i (niestety!) internet. Rodzice powinni wzmożyć czujność i wprowadzić "domową cenzurę"na treści przeglądane w sieci, ze względu na ich prymitywny charakter (treści pornograficzne są powszechnie dostępne i łatwo wypaczają sposób postrzegania drugiego człowieka na podmiotowy). Warto prześledzić z dzieckiem poszukiwane wiadomości na naszych zasadach, tym bardziej że pęd do wiedzy ma podłoże biologiczne i jest nie do zatrzymania (nawet najgorszą groźbą, karą czy konfiskatą elektronicznego mienia). 

  Dzieci w tym okresie sprzeciwiają się autorytetowi dorosłych (jest to proces usamodzielniania) ich miejsce zajmują koledzy i rodzice kolegów. Zaczynają bronić swojej "dorosłości", kiedy im się o czymś przypomina, zwykle reagują niechęcią lub protestem."Weź rękawiczki, jest zimno."- mówi mama. "Sam wiem co wziąć."- syczy jedenastolatek.
 Jest to również czas walki o sprawiedliwość i zasady. Dziecko często wraca ze szkoły do domu z poczuciem niesprawiedliwości, której doświadczyło ze strony nauczyciela. Typowa reakcja rodziców -"Nie zwalaj na Panią, po prostu się nie nauczyłeś/aś", budzi w dziecku nieposkromioną furię i chęć odwetu (tu kłania się 12 barier w komunikacji, o których większość rodziców nie ma zielonego pojęcia).*

  Jedenastoletnie dzieci boją się o najbliższych, o ich zdrowie, relacje i o to, że rodzice się pokłócą i rozwiodą. Niepokój wzbudzają w nich także finanse, w związku z czym zadają dużo pytań dotyczących domowego budżetu. Czasy kiedy bały się futrzaka spod łóżka odchodzi w tęskne zapomnienie w zamian nadchodzą realne obawy.



   



  * Tych czytelników, którzy mają nieposkromioną chęć zgłębienia tematu zapraszam na kurs TSR, lub do przeczytania książki T. Gordona "Wychowanie bez porażek." 


Szanuję prawa autorskie: https://www.flickr.com/photos/25401239@N05/
                                      

piątek, 13 listopada 2015

No to mieć, czy nie mieć psa w domu?

Pan Cyki - w obiektywie Joanny Kiszkurno


"Come talk to me"...

http://www.tekstowo.pl/piosenka,peter_gabriel,come_talk_to_me.html

Mamo chodź, porozmawiaj ze mną...
Byłem grzeczny, robiłem co chciałaś.
Tak bardzo zależy mi na tym, by mieć jakieś zwierzątko w domu.
Mówisz: "NIE", że nie jesteś gotowa, że teraz jestem za mały, że nie wiadomo, co los przyniesie.
Gdzie każe nam zamieszkać i radzić sobie, ale Mamo p o r o z m a w i a j ze mną.
Zrobię wszystko, byle ci udowodnić jak bardzo zależy mi na tym.
Powiedziałaś, że zobaczymy, jak zajmę się ślimakami.
Miałem je w pudełku, z liściem sałaty, wodą i całą chęcią, by pokazać ci, że dam radę.
Poradziłem sobie, nie kaprysząc przy zmianie sałaty, wystawiałem je na spacerki na trawie, bojąc się o nie i chroniąc je przed ptakami. Szczerymi łzami płakałem, jak Dżafilka skończyła życie i jak podczas samotnego już życia dalej, podczas spaceru Dżafi zaginął bez śladu...

Please, come talk to me"

"No proszę porozmawiaj ze mną
Czy porozmawiasz ze mną, proszę?
Możemy uwolnić to nieszczęście
No dalej, podejdź porozmawiać ze mną"

(http://www.tekstowo.pl/piosenka,peter_gabriel,come_talk_to_me.html)

Słyszysz, jak mówię do Ciebie? - potrzebuję tego.
Tak synku, słyszę.
To prawda, że Cię trochę zniechęcałam. Nie da się przewidzieć, co los przyniesie, masz rację.
Zwierzak to jednak obowiązek i tak bardzo boli, gdy odchodzi, chcę Cię przed tym uchronić, tyle, że ty tego nie chcesz.

"Czy nigdy nie zmieniasz zdania?
Teraz Twoja przyszłość jest taka świetlana
I zachowujesz się jakbyś była głucha i ślepa
(I zachowujesz się jakbyś była głucha i ślepa)
No dalej, podejdź porozmawiać ze mną (x2)"


Pamiętam jak zapytałam Ciebie, co chciałbyś dostać pod choinkę, jaki prezent wymarzony chodzi ci po głowie.
Odpowiedziałeś, że nic nie chcesz, nawet psa... Wiesz, że to wydatek, który nie mieści się w naszym budżecie, ale może chociaż karmę dla psa...
No i... podjęłam decyzję.

Dzisiaj mamy psa, którego kochamy wszyscy szaleńczo, chyba z wzajemnością :)
Gdyby spróbować miłość tę zmierzyć chwilami, które spędzamy na przytulaniu, czesaniu, zabawie itd. okazałoby się, że miłości nie da się żadną miarą zmierzyć...
Pies czyli nasz Cykor (Norfolk Terrier - http://zamlicze.pl/pl/index.htm) zawładnął naszą uwagą w niezwykle uroczo - zaborczy sposób. Chwile spędzone  w gronie rodzinnym  z nim są warte przeżycia.
Smutno mi się robi, gdy widzę dzieci, które nigdy nie dotknęły psa czy kota.
Ich rączki nie poznały, jak to jest czuć sierść pod palcami, jak ciepłe i pachnące potrafią być psiaki (jeśli się nie wytarzają). Nie wiedzą jak wyglądają błagalne oczka wyczekujące na jakiś smakowity kąsek, chyba, że ze Shreka. Jak skaczą zimą po śniegu i jak łapią śnieżki myśląc, że są to przysmaki. Jak wyją z radości, kiedy przyszliśmy po dłuższym czasie do domu. Jak wtulają się, kiedy z oczu nie chcą płynąć łzy radości.

Masz rację synku, nie da się przewidzieć tego, co nas spotka w życiu, trzeba zatrzymać się nad zwykłymi i prostymi przyjemnościami.
Ja zyskałam bliskiego mi ochroniarza, który szczeka nawet, jak buziaka chce dać mi mąż.
Chodzi za mną krok w krok, a jak byłam chora wlazł pod łóżko i spał razem ze mną. Przyjaciel na dobre i na złe.
Wasz tata zyskał - odstresowywacza, bo Cyki uwielbia być tarmoszony i panu przypadł w udziale ten zaszczyt. Poza tym Pan zyskał możliwość codziennych wieczornych spacerów. :)

... Może, po przeczytaniu tego, zmienisz swoje zdanie?
Anna Rozdejczer



piątek, 6 listopada 2015

Rodzic też człowiek - mit żelaznej konsekwencji.


Dzisiaj opiszę jeden z moich dwóch ulubionych mitów rodzicielskich.
Pisząc ten artykuł pojawia mi się na twarzy lekki uśmiech, gdyż znam to z własnego podwórka. :)

Mit żelaznej konsekwencji. 
 
Oznacza on ni mniej, ni więcej tylko tyle, że zawsze, na każdym etapie życia, w każdej chwili, mamy takie samo zdanie w danej sprawie. W efekcie zawsze taki sam sposób akceptujemy lub nie akceptujemy zachowania naszych dzieci.
 
Bycie rygorystycznie konsekwentnym w praktyce powoduje, że zmuszasz się drogi rodzicu do zachowań, które są wbrew Tobie.
 
Jeśli np: powiesz Twojemu czteroletniemu dziecku, że nie może skakać po kanapie to ma tak być zawsze i basta. I choćbyś nawet w danym dniu dostał/a awans, wygrał/a w totka lub dowiedział/a się, że ktoś z Twoich bliskich cudownie ozdrowiał, to i tak nie pozwolisz dziecku poskakać po kanapie. Nieważne, że twoja akceptacja w tym dniu ogromnie rośnie - Ty przecież musisz być k o n s e k w e n t n y/a. Trzeba być twardym i już!
 
- Czy da się być takim konsekwentnym rodzicem?
- Pewnie tak, tylko po co?
  • Jak długo wytrzymasz w takim żelaznym działaniu, w którym nie czujesz się sobą?
  • Co Twoje dziecko będzie myśleć o Tobie, gdy kiedyś zobaczy cię uradowaną/ego, szczęśliwą/ego, a mimo to nie pozwolisz mu pobrykać po kanapie, chociaż całe Twoje ciało będzie przeczyć temu, co mówisz?
Prawdopodobnie zadajesz sobie poniższe dwa pytania:
 
1. No, ale jak to? Przecież nie mogę zmieniać zdania na dany temat, no bo jak to będzie wyglądać w oczach mojego dziecka?
 
2. Jak wytłumaczę zmianę zdania np.: za dwa dni, kiedy wrócę z pracy zmęczona/y i będę chciał/a odpocząć, a dziecko zacznie wariować na kanapie?
 
Ad. 1
Zmienić zdanie to nic złego, szczególnie wtedy kiedy zmieniają się okoliczności. To wręcz naturalne zamiast kurczowo obstawiać przy swoim. W tym wypadku opisałem dzień, w którym jesteś wyjątkowo szczęśliwa/y i pewnie chcesz się dzielić z tą radością także z dzieckiem. Skoro tak, to zrób to, zamiast zawracać sobie głowę schematami!

Wystarczy powiedzieć do dziecka np: " W porządku, dzisiaj spotkało mnie dużo szczęścia i mam genialny nastrój, dlatego w drodze wyjątku możesz poskakać na kanapie." Dziecko usłyszy, że zabawa na kanapie jest odstępstwem od reguły czyli, że nadal masz takie samo stanowisko w tej sprawie. Jednocześnie widzi w Tobie człowieka, a nie maszynę. Widzi kochającego rodzica, który ma uczucia i emocje, a nie jest bezdusznym egzekutorem wcześniej wyznaczonych reguł.

Tak rodzi się wzajemny szacunek w relacji rodzic - dziecko.

W ten sposób uczysz dziecko, że zmiana jest naturalnym i stałym elementem życia.

Ad. 2

Jeśli w pierwszym dniu zachowasz się tak jak napisałem powyżej, to za dwa dni nie będziesz miał/a problemu wytłumaczyć dziecku, dlaczego nie chcesz, aby dzisiaj skakało po kanapie. Ono zrozumie, że jesteś zmęczony/a - zaufaj mu.

Drogi rodzicu, jak przekonałeś się przed chwilą, przestrzeganie zasady żelaznej konsekwencji jest bardzo trudne. Nie dość, że musisz czegoś wymagać od dziecka, to do tego czasem działasz wbrew sobie. Dlatego proponuję używać tej zasady jak najrzadziej.

Dla przykładu: ja jestem stanowczy w stosunku do zachowań mających bezpośredni wpływa na życie i zdrowie lub uczucia innych osób. W innych sytuacjach daję sobie przestrzeń na zmianę zdania. Na to, aby być sobą.

Tak jest po prostu miło i naturalnie :)
I tego życzę i Wam!

Szymon Placha - trener komunikacji Gordona





 
 



wtorek, 27 października 2015

Z życia wzięte - sztuka ośmieszania.


UW Health

Dogadani, czyli wszyscy nasi niezwykli goście, którzy chcą z nami współtworzyć przestrzeń lepszego porozumiewania się, mają przyjemność zaprezentować cykl artykułów pod tytułem: "Z życia wzięte". Tym razem Szymon Placha - trener komunikacji Gordona, przybliży Wam, to co widział i słyszał w "realu" i przedstawi swoją propozycję, jak można poprawić bądź zniszczyć swoją relację z najbliższymi.

Sztuka ośmieszania...

Niemal codziennie w parku, sklepie, na ulicy trafiam na rodziców, którzy odruchowo ośmieszają swoje dzieci, kierując do nich różne krzywdzące wypowiedzi. Obserwuję  w tych rodzicach niesamowitą lekkość w wysyłaniu takich komunikatów. Wygląda na to, że nawet przez chwilę nie nachodzi ich refleksja, co właśnie powiedzieli swojemu dziecku i jak ono się z tym czuje.

Przytoczę przykład z ostatnich dni, który zainspirował mnie do napisania tego artykułu:
Przychodnia prywatnej służby zdrowia. Mama z synkiem czeka na rejestrację. Dziecko płacze podczas sporządzania formalności. Potem mama z dzieckiem wchodzą do gabinetu lekarskiego i znowu słychać, że dziecko dość głośno płacze, czasem nawet się zanosi. Po chwili mama wychodzi z dzieckiem z gabinetu. Jest spokojna, z lekkim uśmiechem na twarzy. Dziecko ma spuszczoną głowę, jest lekko smutne, ale spokojne. Idą korytarzem i nagle z ust mamy padają takie oto słowa do jej dziecka:
"Chodź krzykaczu, taki jesteś mało dzielny powiem Ci szczerze."
Czy ta mam naprawdę pomyślała, że jej 4 letni synek po tym co usłyszał "weźmie się w garść" i kolejnym razem nie będzie płakał podczas wizyty u lekarza?
Tego nie wiem.
Wiem, jednak, że jeśli chciała dotknąć ego dziecka to bardzo skutecznie to zrobiła. Od teraz jej syn wie, że w oczach swojej ukochanej mamy jest zwykłym fajtłapą nie zasługującym na jej szacunek. Wie, że płakać to wstyd, a jeśli usłyszy to jeszcze kilka razy wtedy ostatecznie upewni się w tym przekonaniu.
I tak oto dziecko zacznie pielęgnować w sobie niską samoocenę, a to pociągnie za sobą niskie poczucie własnej wartości. Przestanie okazywać swoje emocje, skrywając je przed mamą "no bo przecież to wstyd".
W ten sposób niszczy się relacja mamy ze swoim dzieckiem. Relacja tak ważna dla rozwoju dziecka. Relacja, którą z upływem czasu coraz trudniej będzie odbudować.
Nachodzi mnie refleksja, czy ta mama powiedziałaby coś podobnego do swojej koleżanki, kolegi, a może do swojego szefa?
Nie sądzę.
Dlaczego?
Pewnie dlatego, że ma świadomość, iż relacja z koleżanką, kolegą lub szefem uległaby znacznemu pogorszeniu - jeśli w ogóle przetrwałaby tą próbę.
Otóż to. Mam wrażenie, że rodzice mają świadomość wagi zachowania dobrej relacji z dorosłymi. Niestety nie zawsze pamiętają, że równie ważne jest pielęgnowanie szczęśliwych relacji z własnymi dziećmi, a przecież rodzice kochają swoje dzieci.
Słyszane latami wypowiedzi innych osób, schematy zachowań, przekazują swoim dzieciom tak sprawnie, lekko i intuicyjnie, jakby opanowali tę sztukę do perfekcji - sztukę ośmieszania.
Ośmieszanie jest jedną z podstawowych barier w komunikacji z ludźmi, a zatem także z dziećmi. Opisuje to Thomas Gordon w książce "Wychowanie bez porażek", na której oparty jest program szkolenia Trening Skutecznego Rodzica.
Mama, tata po takim szkoleniu nie odezwie się do dziecka w opisany powyżej sposób, ponieważ ma świadomość destrukcyjnej siły tego przekazu. Taki rodzic wysłucha aktywnie swoje dziecko i okaże zrozumienie dla jego emocji. Dołoży tym samym kolejną cegiełkę w budowie zdrowej, szczęśliwej relacji ze swoją pociechą.

Na koniec polecam dające do myślenia przemówienie Tony Porter:

Szymon Placha - trener komunikacji T. Gordona
*Szanuję prawa autorskie:


poniedziałek, 19 października 2015

Rozmowa z założycielką Eduzabawy.com - p. Nataszą Opas.


 
Jakiś czas temu nawiązałam kontakt z Panią, która prowadzi stronę internetową: Eduzabawy - http://eduzabawy.com/. Jako że "Dogadani", chętnie poznają nowych ludzi (jak na razie jest to kontakt ściśle internetowy, ale kto wie, może poznamy się w "realu"), dowiedziałam się więcej i chętnie podzielę się informacjami z Wami. 
Strona Eduzabawy narodziła się w głowie byłej nauczycielki angielskiego - pani Nataszy Opas, która obecnie nie pracuje w swoim zawodzie, natomiast zajmuje się tworzeniem stron internetowych. Doświadczenie pracy z małymi dziećmi jak i dorosłymi jest jej pomocne przy tworzeniu strony Eduzabawy. Poza pracą stara się aktywnie spędzać czas, pasją p. Nataszy są samochody terenowe i... branie udziału w rajdach offroadowych.

Zapytana przeze mnie skąd wziął się pomysł na stworzenie takiej strony, odpowiedziała mi, że impulsem do stworzenia strony edukacyjnej było doświadczenie w pracy z dziećmi i to, że dzieci chętnie uczą się przez zabawę. Strona ma być pomocna zarówno rodzicom jaki i nauczycielom, którym Pani Natasza dostarcza  materiałów niezbędnych do bardziej angażującej pracy z dziećmi. Można wykorzystać fakt, że dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym chłoną wiedzę jak gąbka.
 powinna mieć formę zabawy w postaci piosenek, rymowanek i innych czynności, stwierdza 
p. Natasza.

Największą popularnością na stronie Eduzabawy, cieszą się rozmaite szlaczki, które nauczyciele wykorzystują do zróżnicowania swojej pracy z dziećmi. Duży ruch jest także, przy wykreślankach i kolorowankach, takie materiały trudno jest zrobić samemu, a na stronie, za darmo, może je każdy na własne potrzeby wydrukować. 

Strona rozwija się dynamicznie, a wielką zasługą są niezliczone pomysły Pani Nataszy. Jak wynika z obserwacji, nauka w początkowym momencie życia, może być bezstresowa iNiedawno, jak mówi właścicielka Eduzabawy, zmieniła układ graficzny na taki, który umożliwi przeglądanie zawartości strony na urządzeniach mobilnych. Jako że zmiany na stronie wymagają przeznaczenia na nie dużej ilości czasu, pani Natasza zamierza konsultować na Funpage Eduzabawy zmiany w materiałach, na przykładzie opinii rodziców i nauczycieli.

Pani Natasza chciałaby zachęcić rodziców do wspólnego spędzania czasu z dziećmi na stronie Eduzabawy, bo zawsze może to być szansą na zacieśnienie relacji między nimi.
Jednak nic na siłę, gdy dziecko jest zmęczone - to czasami trzeba dać mu pozwolić nie robić "nic". 

Pozostańmy przez chwilę przy zagadnieniu motywowania dzieci. Moim zdaniem dzieci nie powinno się ani karać ani chwalić, a co gorsza nagradzać za np. wypełnienie szlaczków na kartce. Dużo mówię o tym rodzicom na Treningu Skutecznego Rodzica, bo uważam, że nie pomaga to w budowaniu poczucia własnej wartości i bycia samosterownym.

Pani Natasza jednak uważa inaczej, że  "konstruktywna krytyka" może przynieść efekty i nie widzi nic złego w nagradzaniu za pracę (np. spędzenie kilku chwil z dzieckiem tak jak ono sobie zażyczy). Co dotyczy motywowania dzieci do pracy, nad szlaczkami, których nie chcą zrobić ważna jest wg. pani Nataszy postawa rodziców, na której wzorują się dzieci. 

Rzeczywiście dzieci z dysgrafią, mogą odczuwać niechęć do szlaczków i pokonywania własnych słabości i niedostatków.  

Jednak Pani Natasza pisze o sobie, że sama jest dyslektyczką i wielokrotnie jej mówiono, że nie powinna uczyć się języka obcego, ponieważ nigdy się go nie nauczy. Upór i chęć dążenia do osiągnięcia celu zaowocowała tym, że pani Natasza ukończyła filologię angielską.

Jej zdaniem najważniejsze jest nie poddawać się i nie dać sobie wmówić, że jakiś cel jest nie do osiągnięcia!

Pani Natasza nie słyszała o spotkaniach* prowadzonych przeze mnie i moją znajomą Magdę Kuprewicz( Relateka/Dogadani), wierzę jednak, że kiedy ludzie się poznają, nabierają większej ochoty na poszerzanie własnych horyzontów.



Pani Natasza Opas - twórczyni edukacyjnej strony: Eduzabawy - http://www.dogadani.blogspot.com/p/goscie.html

Anna Rozdejczer - Niezależny Certyfikowany Trener Komunikacji Gordona
* Spotkania dla rodziców (i nie tyko) mają formę Treningu Skutecznego Rodzica wg Thomasa Gordona


sobota, 3 października 2015

Rodzina i biznes to jej specjalność - wzruszający wywiad z p. Justyną Garstecką.


Spotkałam się z niezwykłą kobietą, która jest mamą trójki chłopców i business woman. Założyła firmę Motherhood, bo macierzyństwo potrafi być inspirujące. Wie, czego potrzebują mamy, bo sama nią jest. Stara się godzić życie rodzinne z prężnie rozwijającą się firmą. Przedstawiamy naszego nowego gościa dogadanych p. Justynę Garstecką.

M.K.: Motherhood znaczy macierzyństwo, czy może być ono inspirujące?

J.G.: Macierzyństwo jest dla mnie inspiracją wprost. Zakładając firmę czerpałam z własnych doświadczeń. Produkty były odpowiedzią na moje potrzeby związane z dziećmi, oraz moje oczekiwania wobec akcesoriów, którymi chciałam się otoczyć. Asortyment Motherhood wyróżnia prostota i funkcjonalność. Oferta produktów dedykowana jest dla kobiet w ciąży i dla dzieci, zaspokaja potrzeby zupełnie podstawowe.

Ponadto firma powstała w szczególnym momencie mojego życia - kiedy na świecie pojawił się Franek, mój drugi syn. Ze względu na trisomię (zespół Downa), wymagał szczególnej opieki.

Sytuacja rodzinna sprawiła, że powrót do pracy na etacie, byłby wyjątkowo trudny. 
Własna firma dała mi szansę na elastyczną, dopasowaną do moich możliwości pracę.
Oczywiście bywały ciężkie momenty, jak to w firmie się zdarza: są lata tłuste i chude. Jednak przekonanie o tym, że jest to moja droga i mam o co walczyć, było mi potrzebne.

M.K.: No właśnie jesteś mamą trójki chłopców, jak godzisz pracę z wychowaniem dzieci?

J.G.: Coraz gorzej! (Tu panie wybuchają śmiechem).
Bardzo pomagają mi rodzice, tata w kwestiach logistycznych, a mama wspiera mnie wychowawczo - opiekuje się chłopcami podczas mojej nieobecności. Zawsze czeka z gorącymi naleśnikami na dzieci. Wiem, że mogę na nich zawsze liczyć.

Mój rytm dnia jest taki sam, jak kobiet pracujących na etacie, czy w domu. Ranek, to czas wyprawienia dzieci do szkoły. Praca zajmuje mi około 5 - 6 godzin w ciągu dnia, potem odbieram ze szkoły synów, szykuje szybki obiad i rozwożę ich na przeróżne zajęcia popołudniowe. Przy trójce dzieci jest tego naprawdę sporo! Wieczorem przychodzi czas na przygotowanie do snu, a dla mnie chwila, by sprawdzić, czy nie ma jeszcze jakiś ważnych spraw w firmie, które nie mogą poczekać do jutra.
Szczerze mówiąc myślę, że ciężej mają mamy, które muszą być od 9- tej do 17.00 w pracy i nie mają wyrozumiałego szefa.

Moja praca jest prostsza organizacyjnie, niż praca na etat. Wymaga pewnej dyscypliny, którą sama muszę sobie narzucić. 

Spotkałam  na swojej drodze wiele mam, które miały podobny pomysł - że będą miały swoją firmę i czasem kończyło się to sukcesem, a czasem nie. Porażki miały miejsce, gdy to zachłyśnięcie się swobodą i tym, że ja nie muszę, tylko mogę, odwracało się przeciwko nim. To nie jest tak, że mając swoją firmę można nie pracować.  Wręcz przeciwnie. Moja przyjaciółka zwykle mówi, że mam dobrze, bo nikt nie może mnie zwolnić. Ja uważam, że pod tym względem mam akurat gorzej, bo mnie w każdym momencie, może zwolnić rynek. Niestety nie otrzymam od niego żadnej odprawy. Są plusy i minusy posiadania własnej firmy, najważniejsze to znaleźć miejsce komfortowe dla nas samych.

M.K: Czy dbasz o relacje ze współpracownikami, czy są one ważne dla Ciebie?

J.G.: Relacje z pracownikami są dla mnie bardzo ważne. Zakład produkcyjny Motherhood znajduje się 350 km od Warszawy, w której mieszkam.  Codzienne relacje są więc siłą rzeczy ograniczone. W warszawskim biurze jestem ja, plus jeszcze jedna osoba. Przekonałam się wiele razy, że podstawą dobrej współpracy jest szacunek pisany przez duże "S", oraz wzajemne zrozumienie potrzeb. 

Myślę, że sukces prowadzenia firmy zależy od wsparcia zaangażowanych w nią współpracowników. Pielęgnuję dobre relacje jako pracodawca, staram się być maksymalnie elastyczna. Oczywiście pracujemy w pewnych normach i na określonych zasadach, ale jeśli wydarza się coś, co zaburza dotychczasowy porządek, staramy się reagować konstruktywnie.

Posiadam w zespole fantastyczną osobę, która zarządza bezpośrednio i na bieżąco całym zespołem pracowników na Podkarpaciu. 
Ma wyjątkową empatię - dzięki temu pracownicy nie obawiają się jej, ona zaś często staje się ich ambasadorami w relacjach ze mną. Większość sytuacji kryzysowych udaje nam się rozwiązać bardzo pozytywnie.
Przypuszczam, że dzieje się to dzięki wzajemnej komunikacji. 
Jesteśmy relatywnie małą firmą, zatrudniamy niespełna trzydzieści osób, kiedy pojawia się spiętrzenie zamówień, występują sytuacje stresujące.

Dzięki wsparciu osób, które są na bieżąco zaangażowane w produkcję, wiem, że Motherhood dostarcza dobry produkt. To wydaje mi się najważniejsze, bo to właśnie dzięki tysiącom zadowolonych konsumentów, jesteśmy obecnie postrzegani jako jednak z najlepszych marek dziecięcych. Nie byłoby firmy Motherhood bez ludzi, którzy ją tworzą.


M.K. Stworzyliście produkt tzw. fasolkę służącą:  tacie, mamie i dziecku podczas karmienia. Czy ten produkt pomaga w nawiązaniu więzi między dzieckiem a rodzicem, wspiera go w tej bliskości?

J.G.: Ogromnie. Nie mam radykalnych poglądów na temat karmienia piersią, jednak jestem zdania, że warto to robić. Sama karmiłam piersią wszystkich trzech chłopców.

Znam wyniki badań, które mówią o tym jak karmienie piersią ( w którym pomaga fasolka) pozytywnie oddziałuje na rozwój dziecka.

Miałam ogromną przyjemność z karmienia piersią, nigdy nie rozumiałam uwag innych mam, które traktowały tę czynność jako przykry obowiązek. 

Frankowi nie wróżono szans na naturalne karmienie. Miał obniżone napięcie mięśniowe i słabo ssał, miał  wysokie podniebienie i szeroki język, co nie pomaga przy naturalnym karmieniu. Mówiono mi, że będzie nam bardzo trudno. Teoretycznie zachęcano nas do karmienia piersią, natomiast później patrzono na mnie ze zdziwieniem, gdy na oddziale intensywnej terapii przez miesiąc ściągałam mleko dla niego. Kładłam go na poduszce i moje mleko podawałam mu przez strzykawkę. Trwało to bardzo długo i sama miałam wątpliwości, czy nauczy się normalnie ssać. Tak się jednak stało i karmiłam go przez kolejne pół roku. Jak na dziecko z zespołem Downa to bardzo długo. Karmienie pozwoliło mi także, z może przede wszystkim na osobiste spotkanie się z synem, Frankiem.

M.K.: To wzruszające, co mówisz...

J.G.:  Czas karmienia to był czas zarezerwowany tylko dla mnie i mojego synka. Były to bardzo trudne chwile, ale teraz wiem, jak bardzo potrzebne, by dojść do pełnej akceptacji jego unikalności  i pokochania go takim jakim jest.

M.K.: Przeszłaś podczas karmienia proces pokochania synka.

J.G.: Tak to był tylko nasz czas: ja i on. Budowaliśmy intymność między nami.

M.K.: To poruszające. Karmienie może mieć terapeutyczną rolę. Pomaga w przekraczaniu pewnych barier, które tworzy nam świat zewnętrzny. Lekarze widzą z reguły przypadek, zespół, a my widzimy człowieka. 
Miałaś czas, by zbudować w sobie dystans do świata i stosunek do dziecka.

J.G.: Kiedy rodzi ci się dziecko chore, to masz od razu nadzieję, wiarę i determinację, że można go wyleczyć. Kiedy jednak dostajesz diagnozę zespołu genetycznego, który wiąże się z ograniczeniem rozwoju intelektualnego, łatwo można się załamać.

Nie możesz dziecka wyleczyć z zespołu Downa. 

Trafiłam gdzieś na takie porównanie: narodziny dziecka niepełnosprawnego można porównać do planowanej od dawna i bardzo oczekiwanej podróży do Włoch. Nagle okazuje się, że samolot wylądował nie w słonecznej Toskanii, tylko w deszczowej, ponurej Holandii.

Zamiast pić wino w przepięknym otoczeniu, przeraża cię ponurość panująca w nowym miejscu. Brakuje ci nie tylko słońca, ale też przyjaciół. Wszyscy są we Włoszech, maja zdrowe dzieci, a u Ciebie pada i pada. Czujesz się samotna. Dopiero po pewnym czasie zaczynasz dostrzegać to, co masz: piękne tulipany, urocze wiatraki, pyszne sery, cudownego Van Gogha.

Dla mnie Franek to po prostu Franek. Chudy jak nitka, wesoły chłopiec wykazujący się niesamowitą inteligencją w żartach, z niezwykłym poczuciem humoru. Lubiany przez innych, radzący sobie w szkole, mający przyjaciół, swoje smutki i radości.

M.K.: Skąd czerpiesz pomysły na produkty, które oferujesz w Motherhood? 

J.G.: Głównie z własnych doświadczeń. Niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że odkąd moje dzieci już wyrosły z produktów, które mam w ofercie, czasami szukam inspiracji już nie w domu, ale poza nim. Moja firma jest firmą wyprawkową, czyli posiadamy produkty dla kobiet  w ciąży i tuż po porodzie.

Inspirują mnie czasopisma, Internet, targi, spotkania ze sprzedawcami. Warto jednak pamiętać, że pomysł na produkt to jedno, a drugie - może jeszcze ważniejsze - jest wzornictwo.

Nie wystarczy, że produkt spełnia wszelkie wymogi użytkowe, musi się on jeszcze spodobać! Czasami modowe trendy "narzucają" kolory, wzory także akcesoriom.

Motherhood ma dobre wyczucie, czego mama potrzebuje dla swojego niemowlaka. Wzornictwo dedykowane dla maluchów będzie inne od tego, którego potrzebuje 2-3 latek.

Mamy również wiedzę na temat tego, jak bardzo różnią się od siebie rynki. Azjatycki jest dość kolorowy, pstrokaty, europejski jest za to bardziej stonowany, łagodny i intensywne kolory po prostu się nie sprzedają.
To wynika z obserwacji tego, co się dzieje: w sklepach, na targach i podczas rozmowy z klientami.  Bardzo lubię wizyty w sklepach i rozmowy ze sprzedawcami, bo to oni są najbliżej klienta. Mają zawsze cenne informacje dla mnie, jak i wyczucie tego, co się sprzeda lub nie. Wiedzą czego klient szuka. Często te rozmowy są wskazówką wyznaczającą kierunek działania.

M.K.: Dla mnie produktem numer jeden jest ręcznik, czy dałoby radę uszyć taki dla szkolniaka? Ręcznik jest szalenie praktyczny.

J.G.: Oczywiście, że by się dało, pytanie jednak, czy warto?

Z wynalezieniem ręcznika związana jest pewna historia rodzinna. Mój mąż kąpał dzieci i zawsze denerwował się, że ręczniki albo są za małe, albo że nie wchłaniają wody, albo że nieładnie pachną następnego dnia... Rzeczywiście, szczególnie bambusowe ręczniki wchłaniają bardzo dużo wody, ale też ją na długo zatrzymują, więc potem nie dosychają. Sam więc zaprojektował idealny ręcznik - ręcznik Motherhood!

Wracając do ręcznika dla szkolniaka, to nasuwa się pytanie, czy dziecko w tym wieku chciałoby używać ręcznika w "dziecięcym" kształcie?

Mój Kazik na przykład niechętnie. Dzieci dość szybko chcą być jak najbardziej dorosłe.

M.K.: I tu pojawia się dylemat, czy spełniać potrzeby rodziców, którzy kupiliby ręcznik, żeby wycieranie szło szybciej, czy podążyć za potrzebami dziecka?...

J.G.: Dla mnie, to także kwestia decyzji biznesowych, bo uważam, że naszą ogromną siłą,  jest wąska specjalizacja. Zapewniamy wszystkie podstawowe tekstylia dla kobiety w ciąży i po porodzie. Trzeba liczyć się także z tym, że koszt dotarcia do klienta byłby bardzo wysoki, zwłaszcza, że nasi konsumenci wychodzą z tego rynku wraz z dorastaniem ich dzieci. To nie jest tak, że zakupy się powtarzają. Choćby ze względu na to, że są produkty  Motherhood są wyjątkowo trwałe. Przechodzą najczęściej na kolejne dzieci w rodzinie.

Wąska specjalizacja pozwala nam na przygotowanie najlepszego produktu, za jak najatrakcyjniejszą ceną w danym obszarze.

Pomysłów jest dużo, ale każdy ewentualny produkt trzeba przełożyć na język biznesowy.
Czyli w skrócie: ile, kto, czego kupi za jaką cenę? Ile wyniesie inwestycja, gdzie sprzedać, komu, kiedy będzie zwrot inwestycji?

Dzięki relatywnie wąskiej specjalizacji mamy bardzo dobrą dystrybucję, dobrą świadomość marki. Mamy, którym nie są już potrzebne nasze produkty, pamiętają nas i polecają innym. Dzięki temu, że jesteśmy blisko konsumenta, wiemy, co jest potrzebne. W ofercie Motherhood znajdziecie produkty niezbędne.

M.K.: A takie generowanie potrzeb? Niektóre firmy nie odpowiadają na realne potrzeby, ale myślą tylko co sprzedać.

J.G.: My odpowiadamy produktami na prawdziwe potrzeby i to jest nasza misja. Mamy takie hasło:  Beauty in Simplicity. W nim zawiera się filozofia wzornicza, ale także użytkowa naszych produktów.

M.K.: Mam jeszcze pytanie dotyczące konfliktów. W każdej rodzinie one się zdarzają, czy to jest dla was strefa komfortowa, czy też nie?

J.G.: Oczywiście, że się zdarzają na każdym poziomie relacji rodzinnych. 
Dzieci konfliktują się między sobą jak w każdej rodzinie. 

Dla mnie nie jest to rzecz komfortowa, nie czuję się dobra w rozwiązywaniu konfliktów, to jest coś nad czym muszę popracować. Staram się, ale efekty są mało spektakularne. 
Próbujemy rozmawiać ze sobą tak, jak jest napisane w mądrych książkach, jednak w moim odczuciu wychodzi nam to niestety średnio. 

M.K.: Czy uważasz, że przydałyby się rodzinom szkolenia z tego,  jak radzić sobie w sytuacjach konfliktowych, w komunikacji ze sobą?

J.G.: Tak, nawet my o tym myślimy czasami. Przekonałam się na własnej skórze, jak bardzo to pomaga. Uczestniczyłam kiedyś w rocznym szkoleniu negocjacyjnym  Okazało się, że w negocjacjach bardzo są potrzebne umiejętności rozmowy. Pamiętam, że zrobiłam wtedy pewne postępy we własnych umiejętnościach porozumiewania się z innymi. Szczególnie nastawienie się na komunikat "Ja", było pomocne.

M.K.: Czy słyszałaś o metodzie komunikacji wg Thomasa Gordona? Metoda ta jest też dla przedsiębiorców. To w czym ja się specjalizuję to Trening Skutecznego Rodzica wg T.Gordona.

J.G.: Brzmi to bardzo fajne. Chętnie wzięłabym udział w tego typu szkoleniu. Mogłabym uniknąć wielu konfliktów  w naszym domu, gdybym potrafiła się lepiej komunikować.

M.K. Taką mam refleksję, że szkolenia biznesowe są na porządku dziennym. To takie naturalne ze człowiek się szkoli w komunikacji i negocjacjach, natomiast kiedy jesteś w ciąży nie myślisz o tym, żeby rozwinąć swoje umiejętności komunikacji. Zastanawiasz się nad szkołą rodzenia, pielęgnacją, nad akcesoriami, ale bardzo mało jest przemyśleń: Jak ja będę się komunikować z moim dzieckiem? Jaką ja będę mamą?

J.G.: A wy prowadzicie takie treningi?

M.K.: Tak,teraz 9.10 ruszamy w Mikroszkole.

J.G.: Co to jest Mikroszkoła?

M.K.: To jest całkiem nowa placówka, w której będzie uczyć się maksymalnie 16 uczniów. Z dziećmi jest nauczyciel i wychowawca montessoriański, panuje rodzinna i ciepła atmosfera. Wynajmujemy tam salę, by rodzice mogli poćwiczyć swoją skuteczność rodzicielską.

J.G.: Jak to jest zorganizowane?

M.K.: Trening składa się z ośmiu spotkań po trzy godziny, na razie w piątkowe popołudnia. Potem będą miały strukturę weekendową. Ten czas jest dobrze zaplanowany, żeby wdrożyć wiedzę z każdej kolejnej sesji w życie.

J.G.: Proszę zapisz mnie. Czuję taką potrzebę. Jestem zaszczycona, że rozmawiasz ze mną w kontekście biznesowym, to jest bardzo miłe. Dziękuję!

Wywiad  z p. Justyną Garstecką przeprowadziła Magdalena Kuprewicz, spisała Anna Rozdejczer



Justyna Garstecka
J.G.: Justyna Garstecka
M.K.: Magdalena Kuprewicz