czwartek, 30 czerwca 2016

Co z tą katolicką muzyką jest nie tak? - wpis gościnny.



Z cyklu w relacji z sobą - Maciej Rozdejczer w gościnnym wpisie: "Co z tą katolicką muzyką jest nie tak?"

Odkąd pamiętam muzyka chrześcijańska kojarzy mi się z tandetą.
Nie mam na myśli pieśni, które można usłyszeć w kościele, ale o muzykę popularną , czy to pop, rock czy country. Jestem katolikiem, ale nie mogę siebie oszukiwać i udawać, że nie jest źle, gdy po kilku chwilach uszy bolą. Może niektórzy lubią przesłodzone melodie, tak jak są fani herbaty z 5 łyżeczkami cukru (czubatymi), ale ja do nich nie należę.

Któregoś razu (już nie pamiętam jak) trafiłem na Hillsong United (https://hillsong.com/united/ ). Pomimo początkowej rezerwy, za każdym kolejnym przesłuchaniem utwierdzałem się, że to pełnoprawna muzyka w stosunku do zespołów, które można usłyszeć w stacjach radiowych.
Uff, nareszcie, pomyślałem. Jestem w końcu katolikiem, więc chętnie posłucham kogoś, kto śpiewa, że Jezusa kocha, a nie, że odwiesił (mam na myśli Jezusa) słuchawkę (http://www.u2.com/lyrics/66 ).

Jakiś czas potem zerknąłem jak zespół prezentuje się wizualnie. Cóż, znów byłem mile zaskoczony, hala wypełniona po brzegi, kilkanaście tysięcy osób, świetne wykonanie i aranżacja sceny (https://www.youtube.com/watch?v=Oq8bHyk4ddg ).

Ale, ale, żeby nie było za słodko… No właśnie. Niby wszystko super, ale ci ludzie, ta publika… Zobaczcie sami zresztą. Ręce uniesione do góry, zamknięte oczy… Czułem się nieswojo, gdy to oglądałem...

Ale potem jakby mnie piorun strzelił. Zaraz, czy ja wyglądam inaczej w kościele?
Sam rozkładam ręce przy „Ojcze nasz”. Zapewne nieraz zamykam oczy, czy to coś złego?
A chwilę potem kolejna myśl: a jak jest na „zwykłych koncertach”?  

Jest bardzo różnie i jeśli chodzi o ubiór, makijaż, emblematy i symbole, gesty...

Nie zamierzam nikogo oceniać, jesteśmy wolnymi ludźmi i każdy ma wybór, jak się ubierać, zachowywać itd., ale nie mogłem zrozumieć czemu nie dziwił mnie widok fanów Metalliki czy ACDC, a czułem się dziwnie patrząc na ludzi, którzy śpiewają o Bogu?

Jak mocno ustawiono akcenty w mediach, że nie dziwią mnie obrazki powyżej, a na widok ludzi modlących się miałem mieszane uczucia?

Pozostawiam z tą refleksją J

Maciej Rozdejczer

Szanuję prawa autorskie: https://www.flickr.com/photos/adrianismyname/5963951921/in/photolist-a61P8g-dNNJ5M-oU3636-kQvLBS-5gcMMA-8Fskd1-aQWXpP-stLfiX-9Po5LH-eRCRsn-4Yejw5-afasQX-86ufnL-gugMxP-xQHycm-pKFEat-bFe5K8-phPVYC-bByeNz-6JVHvB-6m56i2-pCnK53-6qDyap-qVNc8F-8KtzGb-FNwHNp-ee5sPZ-jjeo9q-qPEMur-9m3QEV-5qgJoe-9C2jkx-sjYgnz-dT7RjH-8JfwFi-hhtH4R-oz7c65-9WoWpC-aez5Pe-5PguXE-byXZWB-o7LSR4-9segM4-9gwE47-agYFEb-naaQAn-ccD93d-5r3Y2C-wYne6-dzdvgs

Adrian I love music

czwartek, 23 czerwca 2016

Jak przygotować dziecko na wyjazd wakacyjny?







    Wakacje tuż tuż. Szykujemy dzieciom wyprawki na kolonie, obozy. Kupujemy nowe kosmetyczki, zestawy bielizny, kąpielówki, zastanawiamy się czy dać więcej ciepłych bluz, czy letnich koszulek. Sprawa ekwipunku zdaje się zaprzątać maminą głowę w pełni. Kiedy pociecha już wyruszy stawić czoło wakacyjnej przygodzie, zastanawiamy się czy nosi czapkę, by chronić głowę przed słońcem, czy nie marznie w zimne noce, czy rozwiesza mokry ręcznik, czy smaruje się kremem do opalania i czy zjada cokolwiek na obozowej stołówce?

   Tak te wszystkie czynności i myśli są efektem stresu związanego z rozstaniem z dzieckiem, jest to moment, kiedy mamy stają się zbytnio opiekuńcze i chcą zapobiec wszystkim niedogodnym sytuacjom, jakby wręcz były przy dziecku. 

   Kiedyś byłam na nartach w okresie ferii i w toalecie na stoku udało mi się zasłyszeć rozmowę dwóch nastoletnich dziewczynek:
-Mam mokre spodnie, dobrze, że mamy tutaj nie ma, bo ona by się martwiła.
-Tak dobrze, bo mamy się wszystkim martwią!
Racja dziewczynki, tak jest mamy się martwią ale co z tego wynika? Nic dobrego.

   Taką wzmożoną opieką, kompletowaniem wyposażenia plecaka, instruowaniem o powinnościach dajemy dziecku komunikat, że uważamy, iż nie da sobie rady. Sugerujemy, że nie jest sobie w stanie samodzielnie poradzić z pakowaniem, jedzeniem, ubieraniem itd. 

   Latorośl dostaje od nas wielokrotnie złożony, negatywny sygnał - nie jesteś dość dobry, by zrobić to samodzielnie. No i klops. Bo kiedy matka drży, czy dziecko poradzi sobie samo na wyjeździe (czuje lęk i przejawia go w wyręczaniu i nadopiekuńczości), to dziecko czuje tą obawę o nie i samo zaczyna się o siebie bać (myśli sobie:skoro mama się martwi, to musi to być naprawdę coś, by przetrwać bez szwanku na takiej kolonii). I tak wzbudza się koło niepewności i strachu. 

   Jak przygotować dziecko do wyjazdu wakacyjnego?
Dać mu pakiet samodzielności. Zlecić zrobienie listy potrzebnych rzeczy, pozwolić samodzielnie się spakować (samo wybiera ubrania, które chce zabrać), mówić o zagrożeniach bez gderania, raczej jak o zasadach obozowych, wysłać dziecko, by zakupiło samo potrzebne wyposażenie z listy. 

W ten sposób nabierze pewności siebie, będzie czuło, że jest kompetentne. 

Jak "rozbroić" bombę, kiedy dziecko jest poddenerwowane wyjazdem?

Dorze sprawdzają się pytania: 
- Co najgorszego może cię spotkać na wyjeździe?
- Co dobrego może się wydarzyć?

  Kiedy dziecko przemyśli i obgada z nami swoje lęki i obawy związane z obozem, to będzie miało w głowie możliwe scenariusze i nie będzie zaskoczone sytuacją. Ponadto rozważy również pozytywne aspekty wyjazdu, które pomogą przełknąć gorycz rozstania z domem.


Życzę wspaniałych rozstań i jeszcze wspanialszych powrotów.


Magda Kuprewicz

Szanuję prawa autorskie:
https://www.flickr.com/photos/37217398@N02/

środa, 15 czerwca 2016

Jak dyscyplinować buntownika?


 
Bunt to sprzeciw, opór, protest dziecka przeciwko rodzicowi/wychowawcy/nauczycielowi.
To nieznośna rozbieżność między tym, jak powinno być (tym, co my dorośli uważamy za jedyne i słuszne), a tym, co się zdarzyło.

 

Buntują się i mali i duzi. Mali często po to, by „oddzielić” się od rodziców, starsi mają zwykle ten sam cel – tyle, że my, rodzice zwykle nie mamy już takiego wpływu. Łatwiej jest „spacyfikować” malucha, niż nastolatka, który przy wzroście równemu naszemu, nie chce się za nic z nami zgodzić i forsuje za wszelką cenę własne rozwiązania i pomysły.

 

Po dwóch stronach barykady „wojennej” ustawieni są rodzice - dzieci, nauczyciele - dzieci, nauczyciele - rodzice itd... No dobrze, bunt to zawsze wyzwanie dla dorosłego, bo przecież jakaś granica naszej akceptacji bądź jej braku też istnieje. Sęk tkwi w tym jak ją okazać, by dziecko (lub dorosły) nie chciało z nami walczyć, ale uznać nasze racje.

Warto zastanowić się jaką mam relację z moim dzieckiem, zanim zaczniemy mu czegoś zabraniać lub coś sugerować.

 

Czy przytuliłam je dzisiaj, czy znalazłam chociaż 20 min, by z nim/z nią pobyć w jej świecie?

Czy wiem, co u nich/u niej/u niego słychać?

 

Kiedy ktoś obcy zwraca nam uwagę, nie jesteśmy skłonni do rozmowy ani do uznania jego/jej racji, jesteśmy skłonni do walki. W sumie to taka droga na skróty, ale wciąż droga, zwana ślepą uliczką, prowadzącą donikąd.

Ross Campbell pisał, że ważne jest uzupełnianie zbiornika emocji, to w sumie dość trudne, gdy ma się dużo dzieci - pamiętać, by każde z nich było takim napełnionym kielichem, ale to właśnie ta bliskość, nie pozwala nas do końca zanegować. To jak w grze the Sims: każdej postaci towarzyszą suwaki na których można zobaczyć jak się miewają. Jeśli dobrze to kolor jest zielony, jak źle to czerwony.

Jeśli zwracacie uwagę dziecku, które ma pełen zbiornik (zielony suwak) to będzie bardziej skłonne do wysłuchania was.

Jak to się dzieje w szkole, kiedy nowy nauczyciel zaczyna pracować w szkole/przedszkolu?

Pierwsze chwile mogą być dość trudne, bo zaczyna z zerowym autorytetem. Świadomość, że nie ma się siły przebicia, jest bardzo pomocna, żeby wiedzieć, że tak po prostu jest.

 

Autorytet oparty o wpływ można nabyć tylko poprzez pozytywne bycie w relacji z drugą osobą.

Nie od razu dzieci będą skłonne nam podarować autorytet (kredyt zaufania), ale zyskamy go tylko poprzez to, co powiemy, co zrobimy z dziećmi i przez to, jak je będziemy traktować.

Nie ma sensu od razu spinać się, że dziecko ma się słuchać mnie i już, trzeba sobie zapracować na to, wciąż można podążyć na skróty, ale czy warto?

Dla mnie nie, znowu to droga donikąd.

 

No to jak, aż ciśnie się pytanie? Pracuje się poprzez bycie z dzieckiem, wspólne rozmowy, poprzez chwile, gdy jesteśmy w trudnościach, smutkach, tęsknotach, gdy wymyślamy coś, gdy nie ma nic itd.

 

Ogromną przyjemność sprawiały mi momenty obserwacji w przedszkolu i szkole, jak zmienia się stosunek dzieci do nowego nauczyciela.

Imponują mi ci nauczyciele, którzy nie ganiają za dziećmi, którzy nie próbują wkupić się w łaski dzieci, ale tacy, którzy potrafią być tam, gdzie dziecko ich potrzebuje. Taki najszybciej zyskuje na autorytecie. Te same refleksje można śmiało przenieść na grunt domowy. Tu nie jesteśmy sobie obcy, ale jeśli posługujemy się siłowymi rozwiązaniami w konfliktach z dziećmi, to możemy się tacy stać mimo więzów krwi.

 

 Tyle, czy to wszystko? Wydaje mi się, że nie.

 

Brakuje jeszcze w ustalaniu granicy właściwej formy przekazu. I nie chodzi o to, by być zawsze spokojnym. Nie lubię poradników typu: Nie denerwuj się na dziecko, ale spokojnie i rzeczowo powiedz mu co i jak. No przecież to zachęcanie do nieszczerości, dziecko nigdy nie kupi fałszywki.

W niektórych sytuacjach, nawet wydawałoby się nerwowych, spokój przychodzi naturalnie, ale czasami nie ma go za grosz. Przecież można powiedzieć prawdę, po co fałszować obraz rzeczywistości?

 

My rodzice i nauczyciele mamy obowiązek mówić prawdę. Sęk w tym, że trudno przychodzi nam dorosłym rozmowa o naszych emocjach i podawanie argumentów, dlaczego coś powinno być zrobione tak, a nie inaczej. Po co dziecku tłumaczyć? - Ano po to, by rozumiało, że to, co ono robi, wpływa na nas i nasze otoczenie.

 

Dla mnie przełomem było poświęcenie 20 min. każdemu swojemu dziecku. 20 minut na pełną wyłączność. Mało? To mało - fakt, ale to świetny początek! Nie tak łatwo przyzwyczaić siebie do poświęcenia totalnie wyłącznej uwagi swojemu dziecku, jednak spróbujcie, na pewno nie pożałujcie, a wtedy łatwiej dogadacie się z Waszymi buntownikami.

 

Anna Rozdejczer

 
 

 

środa, 8 czerwca 2016

Czas tylko dla dziecka - bezcenny dar dla tworzenia się więzi.

      

  Dużo się teraz mówi o rodzicielstwie bliskości, to bardzo dobrze, bardzo potrzebnie i bardzo słusznie.
  Mam jednak wrażenie, że jest to odbierane, jak kolejna moda czy trend, którą nie wszyscy rodzice"kupują". Część z nich zastanawia się, o co tyle "szumu".
Mówią. - Przecież karmię dziecko piersią, noszę blisko siebie w chuście (lub nosidełku). Odpowiadam na jego potrzeby, kiedy płacze. Po co dorabiać do tego ideologię? 

  Zgadzam się z tym, że zbytnie "wchodzenie" w trendy, też nie jest dobre. Zatracenie się w idei i nadmierne skupienie na potrzebach dziecka jest niepotrzebne i niezdrowe dla rodziny. Mama i Tato powinni myśleć również o sobie i o swoich potrzebach. Tak jak we wszystkim, tak i w tym "obszarze" wskazana jest równowaga. 

  Kiedy dziecko jest maleńkie rodzice w naturalny sposób (przez nieporadność i zależność) opiekują się nim. Karmią je, przewijają, przytulają, noszą, spacerują, zbliżają swoją twarz do jego i uśmiechają się, gaworzą, śpią z nim. Dziecko w tym czasie czuje się bezpieczne i kochane. 

  Bliskość fizyczna z czasem jednak zmniejsza się, na rzecz autonomii dziecka. Tu, sprawa zaczyna się lekko komplikować, gdyż zaczyna zachodzić reakcja sprzężona na linii rodzic-dziecko. Im mniej dziecka (słodziakowego malucha) w dziecku, tym niej rodzica (bliskościowego) w rodzicu. Im bardziej samodzielne i niezależne dziecko, tym mniejsza "misja" rodzica do bycia blisko. Dorosły zaczyna poświęcać latorośli coraz mnie czasu i uwagi. 

  Problem pojawia się wówczas, gdy to odcięcie, blokuje zaspokojenie potrzeb psychicznych dziecka. To, że dziecko nie potrzebuje nas na poziomie fizycznym, bo samo wykonuje wiele czynności, nie oznacza, że na poziomie emocjonalnym następuje taka sama zależność.

  Dziecko niezależnie od wieku potrzebuje naszej uwagi, akceptacji i miłości, by wzrastać harmonijnie. Nastolatek, pięciolatek czy dziewięciolatek ma takie same pragnienia bliskości emocjonalnej jak maluszek. 

  Plagą dzisiejszych czasów są samotne dzieci. Mam tu na myśli samotność psychiczną. Należy podjąć proste "wysiłki" by ten trend odwrócić lub też, do niego nie dopuścić. Wystarczy podarować dziecku tylko 20 minut bezwzględnie dla niego, robiąc to, co ono lubi i co chce robić. Bez komórki, bez prowadzenia samochodu, bez zerkania na TV, tablet lub gazetę. 

  Drodzy rodzice! Zachęcam do podjęcia tego "wyzwania" - 20 minut i 100% rodzica dla dziecka. Niech rodzicielstwo bliskości trwa niezależnie od wieku dziecka.

Uwaga! Efekty dla relacji mogą być piorunujące;-)

                                                                            Magda Kuprewicz

czwartek, 2 czerwca 2016

Spać czy nie spać z dzieckiem?



Miałam przyjemność być gościem w programie TV Republika - Polska na Dzień Dobry.


W trakcie debaty na temat: „Rodzicielstwo Bliskości, czy rodzicielstwo dystansu”, pan redaktor Mateusz Maranowski zadał mi pytanie odnośnie spania razem z dziećmi, czy można ustalić jakąś granicę wieku do którego możemy współdzielić łóżko?

Ze względu na ograniczoną ilość czasu, nie miałam możliwości pogłębienia tematu, teraz nadszedł dobry moment.

Uważam, że to sprawa osobista, ale czy tak do końca? No właśnie im bardziej zastanawiam się nad tym tematem, tym jestem przekonana, że żadnej konkretnej liczby nie podam, jednak czy spanie z prawie już nastolatkiem to normalna sprawa?

Wydaje mi się, że trzeba uznać, że dla każdej rodziny będzie to kwestia rozpatrywana indywidualnie, co innego jest spanie z 10 latkiem, kiedy rodzice się rozwodzą i brak mu np. poczucia bezpieczeństwa, a co innego spanie z 10 latkiem tylko dlatego, że my nie mamy nic przeciwko temu, bo nawet wydaje nam się fajne i dobrze nam się śpi razem.

Można by pokusić się o ustalenie granicy, właśnie wtedy, gdy spanie z dziećmi zaczyna zaspokajać potrzeby dorosłych. Pod pretekstem zapewniania potrzeb emocjonalnych dziecka, może wkraść się nasza potrzeba bliskości.

Nie jest moim celem rozpatrywanie  sytuacji patologicznych, ale takich, gdy „normalni” rodzice śpią z dzieckiem i zaczynają z tego często podświadomie czerpać przyjemność, im też zaczyna to być potrzebne do czegoś. W rozmowach mówią, że to dla dzieci, że dbają o nie itp. To trochę przypomina sytuację, gdy zastanawiamy się czy dziecko przytula się do nas, czy jednak my do niego?

Dopóki myślimy o dziecku to dobrze, jednak czasem może niepostrzeżenie przemknąć się cichaczem nasza potrzeba, bardzo „zakryta” naszym myśleniem wyłącznie o dziecku i o jego potrzebach. Wyłączność na zaspokajanie potrzeb dziecka, jest ślepą uliczką, ponieważ my dorośli – mamy i powinniśmy mieć nasze „dorosłe” potrzeby.

 Dlaczego moje dzieci, nie spały ze mną w łóżku, kiedy miały 2 latka? Dlatego, że potrzebowałam przestrzeni na mój czas z mężem.  Wraz z nadejściem nowego członka rodziny, zaczynamy pisać historię rodziny od nowego rozdziału.  Wszystko to co było, to przeszłość, a teraźniejszość często sprawia, że my kobiety tak bardzo jesteśmy nastawione na dzieci, że zupełnie gubimy wątek – małżeński. Zarówno Ross Campbell jak i Thomas Gordon, stawiali u podstaw związek kobiety i mężczyzny, bo bez fundamentu trudno mówić o solidnym domu rodzinnym.

No właśnie, a co się dzieje,  kiedy nawet taka potrzeba łóżka dla siebie się nie pojawia?

Może warto pokusić się wtedy o refleksję, co z moimi priorytetami? W rodzicielstwie (bliskości) przecież nie chodzi wyłącznie o spanie razem, fakt, że tak jest łatwiej gdy maluch jest przy piersi, ale to nie wszystko. Można spać razem, a być bardzo daleko od siebie.  Można też być zmuszonym do spania oddzielnie – ja doświadczyłam takiego przymusu, bo syn był wcześniakiem i był w grupie ryzyka śmierci łóżeczkowej. Musiałam go odkładać po każdym karmieniu na osobny materac, pod którym zamontowany był monitor oddechu – i można zapytać się, czy  nie byłam przez to bliskościową mamą?

Oczywiście, że byłam, tak mi się wydaje i tak czuję, szczególnie wtedy, gdy  rozumiem świat mojego syna,  gdy on ma ochotę opowiedzieć mi cały dzień, gdy przychodzi do mnie. Cieszę się obecnie z więzi jaka łączy mnie z moim synem. To jak z zasadzeniem pięknego nasiona w doniczce, teraz pnie się w górę, bo codziennie „podlewam” go słowami otuchy, miłości, wsparcia. Jestem przy nim, staram się być z nim w jego świecie, i od czasu do czasu porobić to co on robi i… jedna z podstawowych spraw to wspólne żartowanie i śmianie się razem!

Czy to jest tak, że moje dzieci nie mogą odwiedzić mnie w moim łóżku, bo to teren zastrzeżony wyłącznie dla rodzica?

 Mogą, mamy to omówione, zawsze rano kiedy się obudzimy  z mężem i wtedy gdy na dworze szaleje burza z piorunami.  Chociaż bywa, że to ja  czasami do nich przychodzę, gdy mnie o to poproszą. Czy odsyłać każde dziecko do jego własnego łóżka, kiedy prosi o spanie razem? Podstawa to przyjrzenie się potrzebom dziecka. Ustalenie z nim pomysłów i rozwiązań satysfakcjonujących zarówno rodzica jak i dziecko. Dzięki takim wspólnym rozwiązaniom jesteśmy sobie bliżsi i znamy nasze granice przyzwolenia na coś, lub odmówienia czegoś.
Anna Rozdejczer
*Specjalne podziękowania dla Beaty Majewskiej twórczyni bloga: http://nienietak.pl/ za umożliwienie mi wzięcia udziału w programie.

 Szanuję prawa autorskie:
https://www.flickr.com/photos/mkujphotography/


czwartek, 19 maja 2016

Niezbędnik na Zieloną Szkołę.



Wszystko zależy od miejsca i długości pobytu, ale parę wskazówek ogólnych spokojnie mogę jako mama dać!

Zadbaj o trzy aspekty:

1.       Tęsknota/potrzeby dziecka i rodzica.

2.       Dokładne informacje od wychowawcy.

3.       Jak zapakować  torbę, by się wszystko zmieściło? /Produkty, które ułatwią życie nam i dzieciom.

Ad.1

Dziecko może obawiać się wyjazdu na Zieloną Szkołę, szczególnie, gdy jedzie po raz pierwszy. Dobrze jest wówczas towarzyszyć dziecku, odczytując jego myśli i obawy. Nie bójmy się zwerbalizować lęków dziecka. Swoje typu, boję się, że złapiesz kleszcza, zostawmy pod kontrolą,  kupując środki odstraszające tych nieproszonych gości.

Gdy dziecko podejmie decyzję, że wyrusza w podróż, przygotujcie mu emocjonalny niezbędnik tzn. dzieci mogą wziąć „kawałek” domu ze sobą na przykład:  ulubioną przytulankę, zdjęcie rodziny, szal Mamy lub np. zrobiony razem naszyjnik lub propozycja dla chłopców -  pomalowaną apaszkę farbami do materiału. Taka rzecz może pomóc, gdy po całym dniu pełnym atrakcji wieczorem przyjdzie kryzys. Pomagają one też wychowawcy, który może porozmawiać na temat zdjęcia lub wzoru apaszki, wtedy chwila uwagi skutecznie rozproszy smutki. Rodzicu, to naturalne, że ty też będziesz to przeżywać.

Może dopaść Cię tęsknota, wtedy dobrze żebyś mógł zadzwonić w umówionych porach do wychowawców  i dowiedzieć się czy jest wszystko ok. Możesz też porozmawiać z innymi rodzicami i posłuchać, z czym oni się zmagają  - taka rodzicielska grupa wsparcia ;)

Myślę, jednak że dobrze jest wykorzystać ten czas, by zastanowić się czemu muszę dzwonić, co się takiego dzieje, że nie ufam wychowawcom?  Może czasami dobrze jest odpuścić, wychowawców zna twoje dziecko, ty ich znasz, a za parę dni znowu będziesz w objęciach tulić swojego synka/córeczkę.

Ad.2

Jakie informacje (poza oczywistymi) powinny Cię zainteresować, żebyś mógł spokojnie spać?

- Czy w ośrodku jest ogrzewanie! Nie ma co liczyć na pogodę.

- Czy wychowawcy będą sprawdzać dzieci czy nie złapały kleszcza i czy umieją go ewentualnie wyciągnąć?

- Czy dziecko może zadzwonić, gdyby bardzo tęskniło?

- Czy ty możesz zadzwonić, gdybyś była niespokojna?

- Czy ośrodek jest powiadomiony, że dziecko jest alergikiem i kto odpowiada za dopilnowanie tego?


Ad. 3

Zasada numer jeden: dziecko powinno się samo spakować, żeby wiedziało, gdzie ma poszczególne rzeczy. Wskazówki są dla Was, ale śmiało możecie się nimi podzielić z dziećmi.

Pakuj buty na samym dnie, możesz wypełnić wnętrze buta skarpetkami.

Staraj się rozłożyć jak najbardziej rzeczy w poziomie, a ewentualne luki uzupełniaj ubraniami, które mogą się pognieść.

Ubrania niech będą wygodne i takie, które jak ewentualnie nie wrócą, nie będzie ci ich żal.

Zawsze dołóż dodatkową zmianę ciuchów, zapas przede wszystkim.

Przyda się także torba na brudne ubrania, by dziecko w porannym pośpiechu nie pomyliło brudnych rzeczy z czystymi.

Kredki i ołówki pakuj w torebki z suwakiem, zabiorą mniej miejsca.

Świetnym pomysłem są szybko schnące ręczniki, które nie zabierają wiele miejsca w bagażu, dostępne w sklepach sportowych.

Kalosze można z powodzeniem zastąpić sztybletami  – potem na jazdę konną będą w sam raz,   krótsze i nie zabierają tyle miejsca.

Buty pakuj w oddzielne torebki.

Do kosmetyczki najlepiej włożyć płyn do mycia zarówno ciała jak i włosów, zmniejszamy zasadniczo pojemność. Dla dziewczyn koniecznie płyn ułatwiający rozczesywanie – córka twierdzi że robił furorę na ostatnim wyjeździe :)

Krem z filtrem i koniecznie płyn od komarów, meszek i kleszczy.

Dobrze jest porozmawiać wcześniej z dziećmi, że wychowawcy będą sprawdzać czy nie mają kleszcza i gdyby sami zauważyli, że coś mają to powinni zgłosić się do wychowawcy.

Przydatne jest też omówienie higieny, że z toalety korzystamy pamiętając o nie siadaniu na desce, bo można zarazić się różnymi chorobami.

Jeśli dzieci cierpią na mdłości podczas podróży, można kupić w aptece tabletki do ssania.

Rodzicu, głowa do góry, twoje dziecko dorasta, a to dobra wiadomość dla Ciebie!

Anna Rozdejczer
*zdjęcie z zasobów prywatnych :)

środa, 11 maja 2016

Kolonia, obóz. Czym się kierować przy wyborze miejsca wypoczynku dla dziecka?


     


Wakacje coraz bliżej. Wiele firm organizujących wypoczynek dla dzieci już jakiś czas temu rozpoczęło zapisy.
  No właśnie czasu coraz mniej, a ofert bez liku. Jakie kryteria należy wziąć pod uwagę przy wyborze?


  Po pierwsze, rodzicu zanim zaczniesz myśleć o "wysłaniu" dziecka na obóz, kolonię powinieneś ustalić, czy dziecko będzie w stanie udźwignąć emocjonalny ciężar wyjazdu. Małe (czy też nie), niedojrzałe emocjonalnie dziecko przeżyje ogromny stres, jeśli zostanie "wysłane" na wakacje mimo swojej niechęci. Zdarza się to szczególnie wtedy, gdy rodzic musi zapełnić dwu miesięczną przerwę w edukacji jakimiś alternatywnymi zajęciami. Jest to duże wyzwanie i często przy braku wspaniałej formy opieki w postaci dziadków, rodzic jest "zmuszony" wysłać dziecko na kolonię myśląc, że czyni dobrze, bo organizuje atrakcyjny czas. Niestety dla dziecka w dużym stresie żaden obóz nie będzie dobry, nawet ten najlepiej zorganizowany. Rozwiązaniem, kiedy dziecię nie jest gotowe do samodzielnego wyjazdu, mogą okazać się półkolonie (wilk syty i owca całą).

  Po drugie, sprawdź kto organizuje wyjazd. Jeśli znajdziesz zdjęcia ludzi, którzy za tym stoją, to dobrze, oznacza to, że za wyjazd ręczą własną osobą. Daje to poczucie, że nie jest to "anonimowa" firma nastawiona tylko i wyłącznie na zysk, ale konkretne osoby. Powinna im przyświecać "jakaś" wizja, misja, wartości itd., najlepiej jeśli będą to pasjonaci, ukierunkowani na zaspokajanie potrzeb dziecka i wspierający jego rozwój emocjonalny. Od razu dodam, że takich wyjazdów jest stosunkowo mało. Większość organizatorów stawia sobie za cel, by wypełnić ofertę jak największą ilością atrakcji - bo na to najczęściej zwracają uwagę rodzice, stawia na bezpieczeństwo fizyczne (nie emocjonalne)- bo to nakazuje im prawo, a także podkreśla cenę wyjazdu - bo to też jest jednym z ważniejszych kryteriów wyboru.
Osoby organizujące wyjazdy z "sercem" są w mniejszości.

  Po trzecie, ustal kto (konkretna osoba) będzie opiekował się Twoim dzieckiem? Kim jest ta osoba, jakie ma wykształcenie i doświadczenie w pracy z dziećmi. Często na koloniach dzieci przechodzą trudne chwile, czy związane z rozstaniem z najbliższymi, czy z konfliktami z rówieśnikami, dobrze by miały blisko siebie kompetentną osobę, która potrafi pomóc w takich momentach. Opiekun może również wysłuchać twoich uwag o dziecku, a nie przeczytać je jedynie w formularzu zgłoszeniowym na kolonię.

  Po czwarte, zweryfikuj warunki lokalowe. Zdjęcia przedstawione na stronie internetowej mogą mijać się z prawdą o ośrodku, do którego jedzie Twoje dziecko. Estetyka miejsca jest równie ważna jak higiena. Przestrzeń do której wysyłasz dziecko powinna być dla niego przyjazna, a jedzenie smaczne (to nie obóz karny), chyba że jest to wyjazd typu survival w Bieszczadach wybrany przez samo dziecko, wówczas zignoruj powyższe kryterium :-)

  Po piąte, sprawdź czy możesz mieć kontakt z dzieckiem a dziecko z Tobą. Dla wielu dzieci, taka możliwość jest warunkiem do tego, by czuć się bezpiecznie na kolonii. Telefoniczny dostęp do rodzica, daje sposobność do rozmowy, np. po to by obgadać kłótnie z kolegą czy koleżanką. Warto również ustalić wcześniej wytyczne korzystania z telefonu stacjonarnego lub komórkowego (na jego posiadanie powinna być organizatora). 

  Po szóste, dowiedz się czy na obozie ustalone są konkretne zasady. Często obozy mające "jakąś" misję, wyznaczają zasady wyjazdu bardzo konkretnie, ponieważ nie chcą by dzieci miały poczucie nierówności i niesprawiedliwości. Jeśli kwota kieszonkowego jest ustalona na 50 zł. to daj dziecku 50 zł. (jeśli dasz mniej, dziecko będzie się czuło źle w porównaniu do innych kolegów, jeśli dasz więcej inne dzieci będą się czuły gorzej w porównaniu z Twoim dzieckiem). Lista takich dozwolonych i niedozwolonych rzeczy (słodycze, prowiant, tel. komórkowy, tablet, scyzoryk) powinna być jasno określona przez organizatora jeśli nie jest, to istnieje duża szansa, że będzie tam panowała samowolka i niezdrowa rywalizacja między dziećmi.

                                                               Życzę owocnych wyborów.
                                                               Magda Kuprewicz



Szanuję prawa autorskie:
https://www.flickr.com/photos/24535639@N02/

środa, 4 maja 2016

Inna jakość dobrego kształcenia!





Nadarzyn. Piątek rano. Słońce świeci, sosny pachną, a dookoła ćwierkają ptaki. 
Raj? 
W pewnym sensie tak, bo to miejsce od września będzie tętnić również oddechem dzieci, które rozpoczną w szkole Pitagoras swoją edukację.

Magda i ja wyruszyłyśmy na spotkanie z założycielem szkoły p. Leszkiem Ossowskim, który swoje doświadczenie poszerzał prowadząc różne placówki na przestrzeni kilku lat. „Pitagoras” poza wspaniałymi warunkami lokalowymi ma kurs na dobrą edukację pod okiem p. dyr Marty Filipek. 

Budynek urzeka wyglądem, ale atutem numer jeden jest wykwalifikowana kadra pedagogiczna i indywidualne podejście do ucznia.

Szkoła zamierza położyć nacisk na rozbudowany program z języków: angielskiego i niemieckiego, i na umiejętności z zakresu matematyki. Wszak wiadomo, że matematyka jest matką wszystkich nauk. 

Dzięki temu, że zakres wiedzy w szkole będzie rozszerzony, uczniowie zyskają możliwość pracy z autorskimi, przygotowanymi przez nauczycieli materiałami. W przyszłym roku planowana jest nauka z podręcznikiem Didasko „Od A do Z” Joanny Białobrzeskiej, z jęz. angielskiego „Incredible English” wyd. Oxford University (co najmniej 6 godzin tyg.), natomiast praca z matematyką będzie podporządkowana widzeniu przez Prof. E. Gruszczyk – Kolczyńską. 

Rozwijanie i niezaprzepaszczanie potencjału matematycznego dziecka, logiczne myślenie i samodzielność w działaniu to cel, ku któremu uczniowie będą zmierzać.

Nauczyciele są otwarci na różne metody edukacyjne (m.in. pomoce Marii Montessori), twórcze i aktywne działanie zdaje się być ich hasłem przewodnim.

Pitagoras nie będzie szkołą wyznaniową. Szacunek do innych wyznań sprawia, że religia będzie przedmiotem nieobowiązkowym, dla chętnych. Szkole jednak bliskie są chrześcijańskie wartości jak: otwartość, szacunek, uczciwość, potrzeba pomagania, zachwyt nad światem, chęć stawiania pytań i poszukiwanie odpowiedzi.

To w czym szkoła czuje się wyjątkowa to fakt, że posiada kadrę nauczycielską, w której każdy poszczególny nauczyciel ma jakąś pasję. To wielki dar, móc zachwycić dziecko w sposób mądry i celowy, tak by w przyszłości  miało swoje zainteresowania, hobby. 

Szkoła zamierza wspierać szeroko rozumianą demokrację poprzez zachęcanie uczniów do wychodzenia z własnymi inicjatywami. To bardzo ważne, jak mówi Pani Dorota Ossowska (nauczyciel edukacji wczesnoszkolnej i j. niemieckiego), aby młode osoby miały świadomość, że mogą realnie wpływać na otaczającą rzeczywistość, że zawsze ich poglądy zostaną wysłuchane. Wyrabianie umiejętności dyskusji, jak dodaje, przy otwartości na inne poglądy, połączone z pomysłami, chęcią działania, dają przygotowanie do odpowiedzialnego w przyszłości życia publicznego.

Pani Dorota zapytana o stosunek do kar i nagród, odpowiada, że dzieci nie tyle są chwalone, raczej motywowane do działania, do aktywności poznawczej i właściwego reagowania na sytuacje trudne. Jeśli chodzi o kary to tylko w rozumieniu wzięcia odpowiedzialności za własne czyny i zachowanie.

Szkoła ma do zaproponowania ciekawą ofertę zajęć popołudniowych: Koło Zręczne Ręce, Klub Małego Konstruktora, Klub Małego Podróżnika, Klub Małego Odkrywcy, Klub Gier Planszowych, Rugby TAG, Szachy, Zajęcia baletowe, piłkę nożną i dla tych którzy chcieliby nauczyć się posługiwać białą bronią czyli szermierka ( jeszcze trwają negocjacje z trenerem).

Odkąd jest obwodnica Salomea, nie można powiedzieć, że Nadarzyn jest daleko Warszawy. Warto wsiąść do auta i poszukać miejsc, które oddychają świeżym powietrzem, a wokół słychać śpiew ptaków.
Anna Rozdejczer
Na zdjęciu kolejno od lewej:
Założyciel: Leszek Ossowski
Nauczyciel: Dorota Ossowska
Magdalena Kuprewicz
Anna Rozdejczer

http://szkolapitagoras.pl/index.php/nasz-zespol/ - do poczytania dla zainteresowanych