czwartek, 27 sierpnia 2015

Koniec z konsekwencją!


Dzięki komentarzowi na Facebook chciałabym rozprawić się raz a dobrze z konsekwencją.  Wydaje się, że jest ona wpisana w życie, a już najbardziej rodzicielstwo.

Cytat jaki pojawił się na " Relatece" mówił:

"Jeśli rodzice usiłują zachować konsekwencję, nie mogą być autentyczni" T. Gordon.

A pod nim pojawił się komentarz:

"Jestem osobą konsekwentną, moje czyny są konsekwentne (tak sądzę) i potrafię przewidzieć konsekwencje swoich czynów oraz czynów, działań dziecka, jednak wymagać od dziecka bezwarunkowej konsekwencji, tego nie rozumiem, stosuję pewnie konsekwencję "nietradycyjną". Nie czytałam tej książki, o jaką konsekwencję chodzi o konsekwencję w działaniu, wytrwałości czy jego skutków?"

Możemy być pewni, że słowo w tytule bloga, to jest jedno z tych słów, które wręcz z "uwielbieniem" cytują poradniki dla rodziców.

Według podręczników  - konsekwentny rodzic to taki, który w danej sytuacji zawsze postępuje tak samo, zgodnie z planem wg przyjętych zasad/y.

Na przykład metoda nauki zasypiania dziecka we własnym łóżeczku: 3 - 5 - 7 (http://dzieci.pl/kat,1024259,title,Metoda-3-5-7-Jak-nauczyc-dziecko-spac-samodzielnie,wid,16099721,wiadomosc.html?smgputicaid=615760), której osobiście nie popieram, lub "karny jeżyk (http://smyki.mjakmama24.pl/zdrowie-i-wychowanie-dziecka/przedszkolaki-3-5/karny-jezyk-o-co-chodzi-w-tej-metodzie-wychowawczej,40_874.html), do którego również mam stosunek negatywny.
Obydwie metody zakładają bycie konsekwentnym...

Przyjrzyjmy się dwóm sytuacjom.

Rodzic zawsze wymaga, żeby dziecko sprzątało po sobie ze stołu. Za nieposprzątanie dodatkowo jest kara - dziecko ma "szlaban" na telewizję.

Zakładamy, że rodzic chce wychować dziecko, które będzie zawsze sprzątać po sobie - taki jest cel. By go osiągnąć musi wg zasady warunkowania instrumentalnego *, reagować zawsze tak samo - wytrwale realizować plan.

Sytuacja pierwsza: Załóżmy, że są wakacje, rodzic jest wyspany, odprężony, zadowolony z życia, ale dziecko po śniadaniu zapomniało posprzątać po sobie. Rodzic byłby skłonny machnąć na to ręką, ale konsekwencja zmusza go do porzucenia dobrego nastroju i nałożenia kary... Zaprzeczenie własnym uczuciom, pozbawia nas autentyczności, ponieważ "gramy" kogoś innego, niż w danej chwili jesteśmy. Wymierzenie kary zniszczy bezpowrotnie dobrą atmosferę, narazi również na szwank relację na linii: dziecko - rodzic.

Sytuacja druga: Rodzic wraca wykończony z pracy, z migreną - ma wszystkiego po dziurki w nosie, chętnie rzuciłby wszystko i położył się do łóżka z aspiryną. Patrzy na stół, a tam nieposprzątane po obiedzie... W imię konsekwencji, ostatkiem sił, pewnie nakrzyczy i nałoży karę na dziecko. Ponownie będzie postępować wbrew sobie, znów utraci autentyczność.

Właśnie ta "konsekwencja" jak T. Gordon pisze, skłania rodziców do udawania, że ich odczucia pozostają niezmienne. O tym, czym zastąpić działanie wg planu, czyli nie oszukiwać siebie, mówić o swoich potrzebach - tego między innymi rodzice dowiadują się na Treningu Skutecznego Rodzica (TSR wg metody Gordona), na który niebawem zaproszę.

Karanie utrwala w dziecku nawyk unikania pewnych sytuacji, natomiast komunikowanie dziecku swoich potrzeb, mówienie mu o swoich emocjach, skłania dziecko do myślenia o tym, jak jego zachowanie wpływa na drugiego człowieka. Jest to swego rodzaju trening społeczny.

Mam nadzieję, że rozprawiłam się z konsekwencją odnoszącą się do:

- działania (reagowanie na nieposprzątanie),
- wytrwałości (nawet jeśli nie mam siły, zmuszam się do działania),
- skutków (dziecko zapewne będzie kombinować jak ominąć tę sytuację, bez refleksji, jak jego działanie wpływa na drugą osobę).

Myślę, że potrzeba nam autentycznych ludzi, którzy umieją nazywać emocje, którzy potrafią konfrontować się (komunikat JA), którzy umieją pomóc innym, kiedy oni mają problem (aktywne słuchanie), po to, by wychowywać prawdziwych ludzi. Nie takich, którzy w imię pewnej idei (konsekwencji) "zapomną" o tym kim są, co czują i po co robią pewne rzeczy.


Anna Rozdejczer

*Warunkowanie instrumentalne
Uczenie się znaczenia jakiejś pierwotnie obojętnej reakcji dzięki temu, że po niej pojawia się jakiś pożądany stan rzeczy (wzmocnienie pozytywne, nagroda), albo unikamy czegoś niepożądanego(wzmocnienie negatywne, kara).

https://pl.wikipedia.org/wiki/Warunkowanie_instrumentalne

 

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Sokrates, Joe Cocker, nastolatki i edukacja przyszłości - w trzeciej części wywiadu z fizykiem - Urszulą Setlak.



 A.R.: W czasach kiedy telewizja "skrzeczy", że nastolatki to bandziory, ty piszesz na swoim profilu Facebook, że masz fajnych i mądrych uczniów - no i gdzie tu logika? 

Czy ty masz jakiś "wybrańców", a innym dostają się te "złe" nastolatki?

U.S.: Nie będę oryginalna, przypomnę słowa Sokratesa zapisane ponad 400 lat p.n.e:

"Dzisiejsza młodzież lubi luksus, ma złe maniery, nie uznaje żadnych autorytetów i nie ma szacunku dla starszych. W naszych czasach dzieci stały się tyranami. Nie są posłuszne swoim rodzicom, zbyt szybko jedzą i tyranizują nauczycieli."

A.R.: To mi przypomina piosenkę Joe Cockera: "N'oubliez Jamais" - przytoczę dwa wersy:
"Every Generation has it's way, 
 A need to disobey."
Czyli tłumacząc: 
"Każde pokolenie ma swoją własną drogę,
 I musi być nieposłuszne."
(http://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_cocker,n_oubliez_jamais.html)

Wciąż w tej dziedzinie uskarżania się na "młodych" niewiele się zmieniło od tylu lat...

U.S.: Może to być oczywiście przypadek, ale naprawdę mam wspaniałych uczniów. To są dobrzy, mądrzy i wrażliwi ludzie.

Bardzo ich szanuję i niezwykle mi miło, gdy przychodzą do mnie ze swoimi kłopotami. Nie zawsze potrafię pomóc, ale też nie udaję, że mam na wszystko receptę.

Uważam, że mają prawo popełniać błędy i naszym zadaniem jest pokazywanie tych błędów, by mogli ich więcej nie popełniać. Myślę, że nie ma uczniów źle wychowanych ani złych - są natomiast tacy, którym nikt nie wyjaśnił, że niektórych rzeczy robić nie należy. To nie znaczy, że się na uczniów nie denerwuję. Nie udaję cyborga i także potrafię wybuchnąć, jednak staram się pamiętać, że przede mną siedzą prawdziwi ludzie. Nie są moimi podwładnymi, tylko partnerami we wspaniałym świecie szkoły, którą tworzymy razem. Rzucajmy im wyzwania i zobaczymy, czego nas jeszcze nauczą.

 A.R.: Co chciałabyś jeszcze dodać od siebie?

U.S.: Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną ciekawą zmianę w naszym świecie.

Kto z nas nie słyszał/zadał choć raz pytania: " I co Ty będziesz robić po tych studiach?"


A.R.: Ja je słyszałam, jak studiowałam pedagogikę...

U.S.: Mało kto zdaje sobie w pełni sprawę z tego, że to pytanie nie ma w dzisiejszych czasach sensu. W XXI w. technologia rozwija się w takim tempie, że nowe zawody powstają i znikają szybciej, niż nadążamy reagować. W czasach naszego dzieciństwa nikt sobie nie wyobrażał, że w szpitalu będzie posada administratora sieci. Dziś nawet najmniejsza firma musi mieć speca IT. Nawet największe wydawnictwa rezygnują za to z pracy korektora i przeraża mnie, że zawód redaktora także dogorywa.

Gdyby studia przygotowywały obecnie do zawodu, nikt nie mógłby studiować informatyki. Studia trwają pięć lat, a nowe systemy operacyjne wchodzą co 3 - 4 lata. Jeśli ktoś chce nauczyć się na studiach zawodu, musi zostać stomatologiem albo farmaceutą.

Musimy zrozumieć i zaakceptować, że dziś studia mają rozwinąć nasze zdolności i nauczyć nas przystosowywania się do nowych sytuacji. Mój ojciec  skończył wspaniałe i ciężkie studia, które przygotowały go do projektowania i budowania cukrowni. Budował je przez 20 lat, ale czasy się zmieniły i dziś nikt nie potrzebuje nowych cukrowni. Gdyby nie jego zdolność dostosowywania się, kolejne 20 lat spędziłby na bezrobociu.

Nie ma też "bezpiecznego" zawodu. Każdy z nas może stać się niepotrzebny. Nawet mój zawód może za kilkadziesiąt lat nie być potrzebny. Odpowiednio przygotowane programy multimedialne wszystko świetnie wyjaśnią, zilustrują i przy tym ani nie zrugają, ani nie obrażą. Do przeprowadzenia testów także nie będzie potrzebny nauczyciel. Pozostanie jedynie kwestia opieki nad dziećmi podczas pracy rodziców, ale to już inne zagadnienie na zupełnie inną rozmowę.

I tu pojawia się nasze kolejne zadanie. Musimy zarówno jako nauczyciele, jak i rodzice przygotować dzieci do życia w tak szybko zmieniającym się świecie. One nie mogą czuć się niepewnie i muszą posiąść umiejętność dostosowania się. Wybierajmy  więc dla nich takie szkoły i takie kierunki studiów, które rozwiną im mózg tak, by z elastycznością podchodziły do nowych wyzwań, a nie by umiały wykonywać jedną jedyną czynność potwierdzoną dyplomem z okrągłą pieczęcią.

A.R.: Dziękuję ci za ten głęboki, pełen refleksji i prawdy wywiad. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda nam się porozmawiać na tak ciekawe tematy.

U.S.: To ja dziękuję za tak ciekawe pytania i czas, jaki mi poświęciłaś. Do zobaczenia!


U.S.: p. Urszula Setlak
A.R.: Anna Rozdejczer

Zdjęcie autorstwa p. Urszuli Setlak
Zdjęcie autorstwa p. Urszuli Setlak


Szanuję prawa autorskie:
MTSOfan
http://tiny.pl/gxnh6
http://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_cocker,n_oubliez_jamais.html

niedziela, 16 sierpnia 2015

Grzechy szkolnictwa, marzenia o szkole bez ocen i kilka słów nauczycielach - to w części drugiej wywiadu z p. Urszulą Setlak

Zjawisko fizyczne - przykładowe zdjęcie na konkurs dla uczniów p. Urszuli Setlak

A.R.: Co z tą szkołą? Czy można zmienić ten zastygły system szkolnictwa? Jak uczą się dzisiejsi uczniowie?

U.S.: Uważam, że największym grzechem polskiego szkolnictwa było wprowadzenie gimnazjów. Szkody są dziś wymierne i chyba nieodwracalne. Poziom nauczania dramatycznie spadł, nauczyciele zamiast tutorów stali się wyrobnikami norm, a uczniowie zatracili chęć zdobywania wiedzy dla niej samej.

W dzisiejszym systemie uczniowie co trzy lata mają egzamin sprawdzający - tzw. test kompetencji po klasie trzeciej, egzamin szóstoklasisty, gimnazjalny i na koniec matura.

Doszło do tego, że nie zdobywają wiedzy, a tylko uczą się do egzaminu. Prace klasowe także są opracowywane w formie przygotowującej  do testu, żeby uczniowie mogli pokonać stres, gdy widzą kartkę z pytaniami. Kuratorium nie interesuje rozbudzanie zainteresowań wśród uczniów, tylko wyniki testów. To koszmarny błąd.

Sama spotkałam się z tym, że kiedy uczniowie słyszeli, że czegoś nie będzie na egzaminie, przestali pracować. Dla podkreślenia wagi jakiegoś materiału należy wręcz dodać, że to właśnie pojawia się na egzaminach. Dziś nie chodzi o to, żeby zdobyć wiedzę i umiejętności, ale o to, żeby nauczyć się do egzaminu, bo bez dobrego wyniku nie dostanę się do lepszej klasy, lepszego gimnazjum, lepszego liceum i tak aż po wybór najlepszych studiów. Próbowałam z tym walczyć, na przykład wprowadzając częściowo tzw. ocenianie kształtujące. Polega ono na tym, że nie wystawia się oceny, tylko opisuje błędy, braki i wskazuje, co uczeń powinien poprawić. Niestety wielokrotnie słyszałam od uczniów: " Ale po co się uczyć, skoro nie będzie z tego oceny?"
 
To bardzo ciekawa metoda, ale w liceum jest już na nią zwyczajnie za późno. Uczniowie są już tak wytresowani przez system, że nie potrafią od niego odejść.

System szkolnictwa w Polsce nie sprawdza się na żadnym etapie edukacyjnym. W czwartej klasie nauczyciele lamentują, że przychodzą dzieci, które coraz mniej umieją. W gimnazjum lament się powtarza, z naciskiem na: "Niczego was w tej podstawówce nie nauczyli?". 
W liceum jest już rozpacz, bo mamy półtora roku (dawniej niecałe trzy lata; teraz pierwsze klasa nie zawiera żadnych rozszerzeń i jest rokiem straconym) na natychmiastowe wtłoczenie uczniom do głowy tego, co może pojawić się na maturze. 
A gdzie czas na rozbudzanie zainteresowań uczniów?

Jak się można domyślić, na studia trafiają zatem osoby, które do tych studiów kompletnie nie są przygotowane i zaczynają od kursów podstawowych, które mają oficjalnie wyrównać poziom, a w rzeczywistości nauczyć podstaw w danej materii. Dotyczy to wszystkich przedmiotów - od fizyki po język angielski.

A.R.: A co dzieje się z nauczycielami?

U.S.: Do tego właśnie dochodzi jeszcze problem z nauczycielami, którzy nie potrafią odnaleźć się w świecie nowych technologii, więc unikają ich jak ognia. Jak wspomniana wcześniej wychowawczyni  mojej córki - gdy mówi, że moje dziecko kłamie, bo twierdzi, że robimy zakupy przez internet, to chyba czas by odeszła jednak na emeryturę...

Nie wyobrażam sobie, bym mogła zabronić uczniom korzystania z telefonów na lekcji, skoro uczę ich, jak powstają nowe technologie. Mamy oczywiście umowę, w jakim zakresie nie należy z telefonu korzystać, ale jeśli ktoś chce wyszukać ciekawostkę dotyczącą naszego tematu, to przecież wzbogaci to tylko naszą lekcję. Za pomocą telefonu można przeprowadzić ciekawe quizy, gry itp.

Moi uczniowie mają także moją zgodę na nagrywanie naszych lekcji. Jeśli to może im pomóc w późniejszym przygotowaniu do pracy klasowej, to czemu nie? Bywa, że nauczyciele denerwują się i pytają: " A co, jak się pomylisz, a oni to nagrają?" Jak to co?

Pomogą mi wyszukać błąd i więcej go nie popełnię. Przecież lekcja to nasza współpraca, a nie mój jednoosobowy występ.

Ciekawe, że odkąd uczniowie mają oficjalną zgodę, nie ma tak wielu chętnych na nagrywanie.

Usłyszałam kiedyś na jednym ze szkoleń, że praca nauczyciela to najbardziej samotny zawód na świecie. Jeśli ktoś czuje się samotny wśród 20 - 30 młodych osób, które targane są jeszcze wszelkimi emocjami, mają przed sobą całą przyszłość i nie mają w sobie nic ze zgorzkniałości rozczarowanych pracowników korporacji to zdecydowanie musi zmienić pracę.


A.R.: To jak mogłaby wyglądać edukacja?

U.S.: Marzy mi się szkoła, w której wcale nie ma ocen. Nie ma też tego jednego, jedynego egzaminu, który miałby decydować o całej przyszłości młodego człowieka. Jednak mam świadomość, że w dzisiejszych czasach musimy umieć porównać osiągnięcia uczniów ze wszystkich szkół. Do tego dotychczas służyły właśnie oceny i egzaminy. Może jednak poszukać lepszych rozwiązań? Zdaję sobie sprawę, że to utopia, ale chciałabym, żeby uczniowie przychodzili na lekcję dlatego, że chcą się czegoś nauczyć albo wspólnie coś opracować, a nie dlatego, że będą mieli nieobecność. 

Jest jeszcze jeden problem. Podręczniki.

A.R.: Są złe?

U.S.: Nie w tym rzecz. Dziś informacje najszybciej pojawiają się w sieci, a uczniowie potrafią do nich dotrzeć szybciej, niż my powiemy "internet". Nie możemy więc opierać się wyłącznie na pracy z książką. Trzeba rozszerzać pomoce o odpowiednio dobrane, dobre źródła i programy interaktywne. Wielu nauczycieli nie jest na to gotowych. Byłam świadkiem lekcji fizyki dotyczącej promieniotwórczości, na której tak świetny i medialny temat został poprowadzony następująco: pani sprawdziła listę obecności, podała uczniom stronę w książce, odczekała 15 minut, a następnie przeszła do pytań na końcu rozdziału. Uczniowie, na podstawie  przeczytanej notatki, musieli po kolei udzielać odpowiedzi na pytania autora podręcznika... Ja sobie takiej lekcji po prostu nie wyobrażam. Do naszych zadań także należy wskazanie uczniom ciekawych źródeł informacji, nauczenie jak rozróżnić poważne źródła od tych wprowadzających zamęt, ale także być otwartym na ich propozycje i gotowym do weryfikacji znanych im źródeł. Tak jak rodzice kontrolują filmy oglądane przez ich pociechy, tak nauczyciel powinien mieć wpływ na odpowiedni dobór źródeł swoich uczniów.

Musimy zadbać o to, by nasi uczniowie potrafili samodzielnie podejmować decyzje i nie bali się walczyć o swoje zdanie.


Koniec części drugiej - cdn.


W kolejnej już ostatniej części tego emocjonującego zarówno dla rodziców, nauczycieli jak i uczniów wywiadu:
- Czy nastolatki to "bandziory"?
- I p. Urszula obali sens pytania: " I co ty będziesz robić, po tych studiach?'' (nomen omen i ja je kiedyś usłyszałam)

Urszula Setlak

sobota, 15 sierpnia 2015

Inteligencja, pasja, fizyka - to pierwsza część wyjątkowego wywiadu z p. Urszulą Setlak!


Urszula Setlak - to kolejny wyjątkowy gość dogadanych. 
Nauczyciel fizyki - wg mnie Anioł -  pedagog, który kocha swoją pracę, a przede wszystkim uczniów, z którymi "pracuje". Osoba o trzeźwym spojrzeniu na szkołę i te wszystkie sprawy, przez które mam wrażenie, szkoła stoi w miejscu. Zabieram Was, czytelnicy, na wędrówkę, która zaczyna się od szkoły, a kończy refleksją, jak ciekawi ludzie żyją wokół nas...

A.R. Jak opisałabyś swoją pracę w szkole?

U.S.: Najważniejsze są dzieci, zarówno te prywatne jak  i szkolne.
Z jednych i drugich czerpię energię, z jednych i drugich jestem dumna, z jednymi i drugimi uwielbiam przebywać.

Na studiach planowałam zostać geofizykiem litosfery i nie miałam żadnych planów związanych z nauczaniem. W ramach zajęć ogólnouniwersyteckich zabrałam się za pedagogikę. Kiedy trafiłam do szkoły na praktyki (do znanej ci zresztą p. Barbary Kotruchow - najwspanialszej kobiety we wszystkich szkołach świata), a potem znanego ci liceum im. Jose Marti, wpadłam po uszy. Złapałam bakcyla i nie było już odwrotu.

Po pięciu latach wśród uczniów musiałam zrobić przerwę z uwagi na własne dzieci. Bałam się wtedy wracać do szkoły, bo to nie jest zwykłe zajęcie. Ze szkoły nie wychodzi się nigdy i kiedy w domu jest małe dziecko, najważniejsze na całym świecie, uczniowie nie mogą z nim konkurować. Nie chciałam uczyć na siłę i musiałam zrobić kilkuletnią przerwę. Pracowałam wtedy w innym zawodzie i przypłaciłam to stanami depresyjnymi. Gdy po raz pierwszy po przerwie weszłam w mury szkoły, by złożyć CV, poczułam jakbym wreszcie wypłynęła na powierzchnię. Wreszcie mogłam normalnie oddychać. Nie wyobrażam sobie innego życia, pracy w innym miejscu, z innymi ludźmi.

A.R.: Uczysz dość trudnego przedmiotu, wierz mi, kogokolwiek zapytam się o fizykę, wzdryga się na samą nazwę. Czym dla Ciebie jest fizyka?

U.S.: Wielu z nas zapomniało już dawno, że fizyka to: "filozofia przyrody". Zawsze obiecuję sobie, że mój podręcznik do fizyki, kiedy go w końcu napiszę, będzie nazywał się właśnie "Instrukcja obsługi przyrody". Zjawiska przyrodnicze towarzyszą nam od momentu, gdy jesteśmy jeszcze komórką jajową, do momentu, gdy znika po nas ostatni ślad. Nie znaczy to, że fizyka rządzi naszym światem - światem rządzi przyroda, a fizyka jedynie próbuje ją mniej lub bardziej udolnie opisać.


A.R.: Pamiętam stres ze szkoły, do kogo trafi się na fizykę...

U.S.: W szkole przedmiot rzeczywiście postrzegany jest jako trudny, ale to nie znaczy, że musi być nudny. Nie każdy może go zgłębiać, bo do tego potrzebne są matematyczne umiejętności, ale też nie każdy ma predyspozycje do zgłębiania literatury, i nikogo to nie dziwi. Uczenie się fizyki bez matematyki jest na pewnym poziomie niczym nauka szermierki z książki - niby znasz zasady, ale medalu nie zdobędziesz.

Nie każdy musi być jednak medalistą. Paradoksalnie spośród wszystkich dziedzin życia codziennego, dzieci najbardziej interesują się właśnie fizyką. Każdy rodzic słyszy tysiące pytań "dlaczego"? Powstaje wiele centrów popularyzujących naukę, które pełne są maluchów: "Kopernik " w Warszawie, "Hewelianum" w Gdańsku, "Eksperyment" w Gdyni, "Młyn Wiedzy" w Toruniu. Nawet w zwykłym centrum handlowym w Łodzi jest "Experymentarium", a w krakowskim parku "Ogród doświadczeń Stanisława Lema". Dzieci chcą eksperymentować, chcą wiedzieć dlaczego coś się dzieje i trzeba im pomóc odkryć tę wiedzę, niekoniecznie mówiąc od razu, że to właśnie jest fizyka.

To fizyka kręci każdego z nas od samego początku!

A potem idziemy do szkoły...

A.R.: Czuję, że zrobi się smutno...

U.S.: Nasi mali eksperymentatorzy posadzeni w ławkach na 45 minut, tracą zainteresowanie czymkolwiek. Kadra nauczycielska nie jest przygotowana merytorycznie do prowadzenia zajęć doświadczalnych w pierwszych latach szkoły. Nie mają nie tylko wiedzy, ale i wyobraźni, by dostrzec okazje do mówienia o fizyce.

A okazją może być, drgający listek na drzewie, szum wiatru, kształt cienia na ścianie, nawet pisk kredy na tablicy. Wielokrotnie prowadziłam zajęcia dla dzieci w przedszkolach, w klasach początkowych szkoły podstawowej i dzieci zawsze rwały się do doświadczeń, opowieści o własnych obserwacjach, a przede wszystkim pytały, pytały i jeszcze raz pytały. Ich głód wiedzy jest niezaspokojony, a my - nauczyciele - marnujemy ten wielki potencjał.

Przecież nie trzeba siedzieć w ławkach. Można biegać po sali, udając cząsteczki gazu, by potem "skroplić się", a następnie "zamarznąć", siadając bez ruchu na dywanie.

Można bawić się w szacowanie odległości od gwiazd metodą paralaksy, po prostu biegając po boisku i wyznaczając, kto będzie odległą gwiazdą, kto Ziemią, a kto Słońcem. 

Zabaw można wymyślić naprawdę dużo, jeśli tylko się tego chce.

A.R. : Jak wygląda w takim razie Twoja praca w liceum?


U.S.: Mam ogromną przyjemność uczyć w liceum i niezwykle się cieszę, kiedy uczniowie przychodzą z pytaniami kompletnie nie związanymi z przerabianym materiałem. Kogoś nurtuje konstrukcja kwadrokoptera, kogoś tunelowanie. Nasze dyskusje są wspaniałe i ja mogę wiele się dzięki nim nauczyć. Najbardziej lubię sytuacje, gdy uczniowie zadają mi pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Musimy wtedy albo razem znaleźć rozwiązanie, albo pomyśleć, kto pomoże nam rozwiązać problem
.
Moim zdaniem ważne jest, żeby nie udawać przed uczniami wszystkowiedzącego guru. Nie oszukujmy się - skoro zdawałam maturę 20 lat temu, to znaczy, że nowoczesnej technologii musiałam się uczyć, podczas gdy oni się w niej niejako urodzili. Zawsze tłumaczę uczniom, że ja nauczę ich praw Newtona i rachunku różniczkowego, oni za to nauczą mnie jak zrobić hotspot w telefonie. Dzięki temu nie muszę się bać, że się ośmieszę, a sądzę, że ta obawa nęka wielu nauczycieli.

Pamiętajmy też, że na uczniów - tak jak na własne dzieci - nie wolno się obrażać. Nigdy nie zapomnę, z jaką dumą moja córka opowiadała przez całe wakacje: "Od września pójdę do szkoły!". Drugiego dnia lekcji wstała i powiedziała do pani, że wygląda na to, że już wszystko wie i pani niczego jej nie nauczy. 

Wychowawczyni nigdy nie dało się przebłagać i wyjaśnić, że sześciolatka nie do końca rozumie, że pani poczuła się urażona. Moja córka nigdy już nie cieszyła się z pójścia do szkoły...
Zdjęcie autorstwa Urszuli Setlak


Koniec części pierwszej - cdn.


W następnym blogowym spotkaniu będzie o: 
grzechach polskiego szkolnictwa bez owijania w bawełnę, 
marzeniach o szkole bez ocen i o tym,
czy podręcznik w dzisiejszych czasach wystarczy do nauki przedmiotu?

U.S. - Urszula Setlak
A.R. - Anna Rozdejczer

środa, 12 sierpnia 2015

Bunt. Niełatwo, ale warto spojrzeć nań przez pryzmat serca.












Bunt: sprzeciwianie się, mówienie "nie", tupanie nogą. Trudno rodzicom zaakceptować tego typu zachowanie, trudno funkcjonować w codzienności. Co kryje się pod buntem dziecka niezależnie od jego wieku? Co dziecko wyraża poprzez bunt? Jaką funkcję pełni buntowanie się?

Bunt to sposób na poznawanie i doświadczanie granic i zasad. Dziecko bada które zachowania będą akceptowane, a które nie. Jest to dziecięce rozwiązanie na uczenie się "świata". Dziecko poznaje zasady funkcjonowania i przekonuje się czy są one stałe czy może jednak się zmieniają. Poznaje również samo siebie, swoje reakcje, potrzeby (chociaż często główną potrzebą jest przyjemność;-), swoją siłę woli.

Poprzez bunt dziecko wyraża także swoją niezależności. Sprzeciw okazywany rodzicom może być odbiciem relacji w rodzinie. Często zastanawiam się nad tym gdzie za bardzo nacisnęłam, że moje dziecko potrzebowało okazać sprzeciw. Czy jest efektem mojego zachowania, wypowiadania (błędów w komunikacji*) i co powinnam zmienić by dać synom przestrzeń? A może efektem kolejnego kryzysu emocjonalnego?

Bunt to element rozwoju dziecka, jest potrzebny by mogło wskoczyć na kolejny jego poziom. Sprzeciw to część zmiany człowieka, który w naturalny sposób dąży do optymalizacji swojego rozwoju. Celem tego procesu jest osiągnięcie psycho-fizycznej dojrzałości, podstawą dojrzałości jest samodzielność i niezależność a te z koleii są fundementem wolności człowieka.

Wydaje się, że wystąpienie i intensywność buntu mogą zależeć od otoczenia dziecka. Im bardziej akceptujący rodzic tym mniej napięć. Im bardziej otwarty rodzic tym większa przestrzeń dla dziecka do stawania się niezależnym człowiekiem. Im bliższe relacje w rodzinie tym więcej przepracowanych napięć w atmosferze szacunku i miłości.

Wątek buntu przepuściłabym przez cytat " Miej serce i patrzaj w serce".  Niełatwe ale cenne jest spojrzenie na bunt przez pryzmat serce i skupienie się na relacjach z dzieckiem, na wzajemnej komunikacji, na potrzebach i problemach dziecka.




Magda Kuprewicz


* T. Gordon, Wychowanie bez porażek czyli Trening Skutecznego Rodzica. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2014


Szanuję prawa autorskie.
Guðbjörg Ágústsdóttir

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Mama i syn - piękna relacja.



Poznałyśmy się na podyplomowych studiach, Ewa Gąsienica - Brożyńska (http://www.dogadani.blogspot.com/p/goscie.html) zadziwiła mnie swoimi pasjami, radością życia i tym, że  z wielką miłością mówiła o swoim synku, którego chce wychowywać w duchu Rodzicielstwa Bliskości, w przygotowanym otoczeniu wg. Marii Montessori.  Chciałam spytać się o jej refleksje dotyczące relacji z synem - Jędrkiem.

A.R.: Kiedy zaczęła się Twoja relacja z synkiem?

Ewa: Jędrek, mój syn właśnie skończył 6 lat, więc nasza relacja trwa już 7. Kiedy pojawił się w naszym życiu, całą moją uwagę i koncentrację i czas skierowałam na cieszenie się tym faktem, na naukę i przygotowania do bycia mamą. Pamiętam jak wieczorem szłam spać, mąż pytał się, dlaczego tak wcześnie? Ja odpowiadałam, że idę poodczuwać jego ruchy.

A.R.: Zasypałaś się poradnikami?

Ewa: Wiedziałam, że trzeba selekcjonować informacje  z prasy i Internetu na temat wychowania, mimo to i tak byłam pełna stereotypowych poglądów na wychowanie dziecka.
Pamiętam pierwsze karmienie, kiedy patrzyłam na zegarek (mając wiedzę, że czas nie jest istotny), pierwszą noc w domu, kiedy odłożyłam synka do łóżka, a mój mądry mąż przekonał mnie do tego, że dziecko powinno spać ze mną, bo będzie czuło się samotne i opuszczone.

A.R.: I mimo tej wiedzy nadal łatwiej uwierzyć poradnikom niż intuicji?

Ewa: No właśnie, gdy miał pół roku, chciałam go nauczyć samodzielnego spania i trafiłam na metodę "3,5,7" - po dwóch minutach odpuściłam...

Zadaję sobie pytanie skąd takie pomysły?

Przecież uwielbiałam karmić, byłam przeszczęśliwa, kiedy spał ze mną. Teraz czasem też nam się zdarza. To chyba brak doświadczenia i pewności siebie, poza tym, to zupełnie nowa rola w której trzeba zaistnieć. Pewnie też strach przed tym "co powiedzą inni". Na szczęście każdy kolejny dzień uczył mnie bycia absolutnie po stronie Jędrka - w zasadzie fizycznie zawsze byłam, ale miałam wątpliwości czy dobrze robię.

A.R.: A kiedy nabrałaś wiary w swe siły, przekonania, że tak jak robisz jest dobrze dla Ciebie i dla Jędrka?

Ewa: Ostatecznie trafiłam na cudowne szkolenie i warsztaty do psychologów: Natalii i Krzysztofa Minge. Oni jasno i wyraźnie trafili do mnie , pokazując, że wszystko co robię jest dobre dla Jędrka, dla mnie dla męża, dla nas. To był przełomowy moment, poczułam ogromną potrzebę rozwijania się i zdobywania wiedzy o rozwoju człowieka. Służyło to mojej rodzinie, ale też przydaje się w mojej obecnej pracy z rodzicami.

A.R.: Jak wygląda twoja relacja z Jędrkiem dzisiaj?

Ewa: Zawsze byłam (i jestem) dla niego gdy mnie potrzebował. Myślę, że zalążkiem bliskiej relacji z synem był sposób karmienia - pierś pozwoliła mi na tworzenie bliskości. Karmienie przez butelkę też pozwala na stworzenie więzi, ale trzeba się o to bardziej starać. Na przykład nie ulec pokusie, że zrobię pranie, a dziecko odłożę do łóżeczka z butelką i "samo się nakarmi"...
To co pomogło nam w nawiązaniu wczesnej relacji to był język migowy. Język migowy dla niemowląt to świetny pomysł na "pogadanie", kiedy jeszcze słowa nie są w użyciu. To bardzo zbliża do siebie. Powiedziałabym to był strzał w dziesiątkę, bo bardzo szybko synek zaczął "migać" (komunikować) o tym co dla niego ważne. Nigdy nie bagatelizowałam jego spraw, starałam się zawsze do końca go wysłuchać i zrozumieć.
Staram się też dbać o jego samodzielność - stworzyć mu przestrzeń do nabywania doświadczeń. Jest to przeze mnie przemyślane i bezpieczne dla niego. Bardzo cieszę się, kiedy potrafi nazywać swoje emocje, kiedy ma "odwagę " powiedzieć mi, że robię cos źle.
Uwielbiam patrzeć, kiedy on oddaje światu to czego go rodzice, dziadkowie i koledzy uczą - czyli np. troskę o innych. Mam też zasadę, że nie okłamuję go, nawet w bardzo trudnych momentach.

A.R.: Ewa, dziękuję Ci, że znalazłaś chwilę, by podzielić się z nami swoimi rodzicielskimi doświadczeniami. Mam nadzieję, że to nie ostatnia nasza rozmowa.

Ewa: Aniu, ja również dziękuję. Najbardziej za to, że zdecydowałaś się na prowadzenie tego bloga, czyli spisywanie i systematyzowanie tak ważnych dla rodziców informacji. Teraz będzie mi łatwiej pracować - będę mówić:" Poczytajcie u Ani i Magdy!". Mam nadzieję, że znajdzie się tu miejsce także na krótkie opisy sytuacji spotykanych przez czytelników. Takie codzienne, częste momenty, które są przykładami "niedogadanych" i "dogadanych". Myślę, że nie po to by kogokolwiek obrażać, czy wyśmiewać - tylko, żeby pokazywać, że każdy rodzic, pedagog, psycholog, nauczyciel spotyka takie same problemy, a reagować na nie można różnie. Uświadamiajmy, skoro dano nam taką wiedzę!

Ewa Gąsienica - Brożyńska z rodziną.


sobota, 8 sierpnia 2015

Mówiłem, nie biegaj! Mówiłem?! A Ty co?!








Żal mi dzieci! Obserwuję rodziców na ulicy, w sklepie, na placu zabaw, na basenie, w parku itd. Często jestem świadkiem smutnych zdarzeń. Smutnych ponieważ nieprzyjemnych w skutkach dla dzieci.
Ostatnia obserwacja miała miejsce w parku (fantastycznym Parku Bajka w Błoniu). Chłopiec 4-5 letni bawił się na terenie wodotrysków, biegał, w pewnym momencie niefortunnie upadł i uderzył twarzą o podłoże rozcinając sobie wargę. Rozcięcie było dość poważne, bo krew się lała strumieniami. Chłopiec był przerażony widokiem krwi i bólem wargi, głośno płakał. Jego mama próbowała bezradnie zatamować krwawienie ale udawało się jej zachować względny spokój.
Przyszedł tato chłopca i naprawdę głośno, pięć cm. od twarzy chłopca zaczął krzyczeć:
-Mówiłem Ci, żebyś nie biegał! (chłopiec płakał przerażony)
-Mówiłem?! A Ty co?!

Chłopiec płakał w niebogłosy, był naprawdę przestraszony ilością krwi, bólem wargi, wyrazem twarzy mamy i na dokładkę przerażającym krzykiem taty. Rodzina po pierwszej fali uniesienia oddaliła sie na ławkę obok fontanny (obserwowałam ich nadal).
Mama poszła po lody by schłodzić skaleczone miejsce. Tato został z synem i teraz mówił, nie krzycząc:
-Jesteś głupi, raz przewróciłeś się to mówiłem, nie biegaj! A ty co? Dalej biegasz!

Kiedy słyszę takie słowa i widzę reakcje rodziców, to serce mnie boli. WSPÓŁCZUJĘ DZIECIOM, naprawdę.
Ostatnią rzeczą, którą potrzebują, jest krzyk rodziców. Kiedy są przerażone potrzebują wsparcia i zrozumienia. Kiedy coś je boli potrzebują miłości, nie wyzwisk i poniżenia.
Wygląda na to, że rodzice w sytuacjach stresujących zapominają o uczuciach dzieci. Automatycznie dają upust swojemu lękowi i wyrzucają go na tak bardzo już przestraszone dzieci. W ten sposób dziecko zostaje z ciężkim bagażem - lękiem swoim i rodzica.
Jak wesprzeć dziecko w sytuacji trudnej i jak inaczej wyrazić swoje emocje rodzice mogą się dowiedzieć z książki T. Gordona* i na kursach TSR.



Magda Kuprewicz

*T. Gordon, Wychowanie bez porażek czyli Trening Skutecznego Rodzica. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2014

Szanuję prawa autorskie.
woodleywonderworks

środa, 5 sierpnia 2015

Relacje rodzinne - Czy dziadek może być kimś szczególnym w życiu wnuczki?


Mam przyjemność przedstawić kolejnego gościa p. Ewę Sobotowską, bliską mi osobę, mieszkającą w USA (od 1983 roku przebywającą na emigracji) autorkę książki:" Jak mój dziadek zaskoczył Hitlera."*, zadałam jej następujące pytania:

A.R.: Jak kiedyś wyglądały relacje rodzinne?

Ewa: Twoje pytanie  - jak kiedyś wyglądały relacje rodzinne przyszło w sama porę. Właśnie porządkuję materiały do opowiadania o historii życia kobiet spotkanych na emigracji. Każda rozmowa z moimi bohaterkami zaczyna się od rodziny:

- urodziłam się w Jugosławii w rodzinie chłopskiej...
- moi rodzice pochodzili z typowej holenderskiej rodziny mieszczańskiej
- w Czeczeni straciłam rodziców, ale mieliśmy wielką rodzinę...

A.R.: Zdradzisz tytuł książki?

Ewa: Tytuł książki tworzy się, kiedy dzieło jest zakończone. Wreszcie będę konsultowała się z Maćkiem. Tak, tak - Twoim mężem, autorem świetnej literatury "Bez rewanżu"*. On jest skarbnicą wielu pomysłów.

A.R.: Czym była dla Ciebie rodzina? 

Ewa: Odkąd sięgam pamięcią, a pamięć mam doskonałą, najpierw była rodzina. Było nas dużo, bardzo dużo, a wszyscy byli mi jednakowo bliscy. Nie zdawałam sobie sprawy, że składała się ona nie tylko z ciotek, wujów, braci ciotecznych i stryjecznych, czy dziadków, ale i kuzynów dalszych i bliższych, czy powinowatych. Każdy był dla mnie ważny i odgrywał jakąś rolę w życiu.

Więzi te były dla mnie tak istotne, że kiedy ktoś spytał, czy moja niania jest ciocią, ostro zaprotestowałam, jak i nie przepadałam za nazywaniem znajomych przyszywaną ciocią czy wujkiem. Podświadomie dbałam o zachowanie ustalonej przez siebie definicji rodziny, gdzie każda najdrobniejsza zmiana doprowadziła by do zachwiania jej struktury.

A.R.: To trochę inaczej niż jest teraz. Obecnie każda potencjalnie miła osoba może stać się dla dzieci Ciocią lub Wujkiem. Może to dlatego, że teraz rodziny są małe, średnio liczą trzy osoby: mam, tata, dziecko?

Ewa: Nawet jeśli otoczeni jesteśmy ograniczoną ilością bliskich, jestem zwolenniczką prawidłowego nazywania. Podoba mi się hierarchia rodzinna. To wspaniała tradycja. Miałam wyjątkowego stryja. Jeśli mówiłam Stryj - wszyscy wiedzieli, że to brat mojego ojca, a nie przyszywany wujaszek.

A.R.: Z kim nawiązałaś jako dziecko najbliższą relację?

Ewa: Z Dziadkiem - Józefem Kiszkurno (olimpijczykiem, wielokrotnym mistrzem w strzelaniu do rzutków, wielkim patriotą), on był największym przyjacielem w moim dzieciństwie. Tak zresztą piszę w mojej książce, jeśli pamiętasz. Poświęcał mi wiele czasu, był cierpliwy, pokazywał to, co było mu najbliższe - las (Bory Tucholskie), świat zwierząt. Uczył mnie patrzeć , nie przechodzić obojętnie ścieżkami kniei, słuchać i rozumieć przyrodę. Nauczył mnie szacunku do otaczającego świata, a jednocześnie pozwalał partycypować w życiu dorosłych - zabierał na polowania, strzelnicę, pozwalał asystować przy grze w brydża i pokera. Nie było to typowe dzieciństwo.

A.R.: Teraz to chyba byłoby zupełnie nie do zaakceptowania. I smuci mnie to, bo mój syn ma "oko", ale nie ma ukończonych 14 lat, żeby móc postrzelać na strzelnicy...

Ewa: Ja natomiast miałam 10 lat, kiedy dziadek zaczął mnie uczyć "składania się do strzału". Korzystałam z delikatnej broni - dubeltówki Bernadelli - dwudziestki, tzn. kaliber 20.
Według niego była to damska broń. Ważyła prawie... Trzy kilogramy, co wydaje się niewiele, ale dla małej dziewczynki stanowiło problem.

Kiedy ręce mi mdlały, dziadek tłumaczył, że tylko uporem i praktyką dochodzi się do sukcesu. Obiecywał, że za każdym razem będzie łatwiej.

Była to dobra lekcja życia i nie uważam, że za wcześnie. Skoro zaczęłam mówić o broni, przypomniała mi się historia z życia w Stanach.

A.R.: Bardzo jestem ciekawa jaka?

Ewa: Zostałam wybrana jako ławnik w sądzie kryminalnym. Sprawa była poważna - oskarżenie o morderstwo. Wybierano skład loży. Było nas dwadzieścia osób. Przechodziłam przez wszystkie etapy. Zarówno prokurator jak i obrońca chcieli mnie wybrać, Na końcu rzucono pytanie: " Kto z ławników umie posługiwać się bronią?".
Automatycznie podniosłam rękę. Wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Zaczęłam opowiadać, że na studiach miałam szkolenie wojskowe, więc obsługa karabinu, rzucanie granatami - nie jest mi obce. W domu była broń... A strzelałam głównie z floweru i dubeltówki. Szybko podziękowano mi, nie pozwalając skończyć. Woźny wyprowadził mnie z sali sądowej, mówiąc: "Ale ich zatkało, Będzie o czym mówić." - powiedział na pożegnanie.

A.R.: Zostałaś potraktowana jak żołnierz...

Jeździłaś sama na wakacje do dziadków?

Ewa: Do dziadków jeździliśmy na wakacje rodzinnie. Wszystkie wnuki zjawiały się na miesiąc pod dodatkową opieką dalekich krewnych. Wtedy nie spędzałam dużo czasu z dziadkiem. Rodzice wysyłali mnie w ciągu roku na kilka miesięcy. Miałam go wtedy wyłącznie dla siebie. Jak wyjeżdżałam, tęskniłam do dziadka, ale nie rozpaczałam z powodu rozstania, bo oczywistym było, że zobaczymy się przy najbliższej okazji. Tyle było świąt, uroczystości, i innych wspólnych spotkań. Wracałam do domu (Warszawy), do rodziców, gdzie czekała na mnie moja niezastąpiona siostra. Wszyscy członkowie rodziny prowadzili własne życie, ale jeśli coś się wydarzyło, decyzje podejmowane były wspólnie. Wtedy czułam się bezpiecznie.
Miałam też dużo szczęścia posiadając przyjaciół ze szkoły, studiów, i cały szereg kuzynów, którzy też byli moimi przyjaciółmi.

A.R.: A jak według Ciebie teraz wygląda rodzina?

Ewa: Teraz jest inaczej - rodzina nie ma takiej siły, nie jest tą potęgą. Łatwiejszy jest kontakt poprzez Internet, samoloty docierają w każdy zakątek świata, wiemy mniej więcej wszystko co powinniśmy o sobie, ale zmienił się styl i tempo życia. Moje dzieci, dzięki wspólnemu wysiłkowi z mojej i mego męża strony, miały okazje poznać najbliższą rodzinę i jej historię, ale ich dzieci żyją już zupełnie inaczej. Powstają inne więzi, związki i priorytety. Obserwuję to z fascynacją, ciesząc się jednocześnie moimi rodzinnymi wspomnieniami i przeżyciami.

A.R.: Proszę, jakbyś miała użyć trzech wyrazów opisujących cechy jakie można przypisać rodzinie z czasów w których się wychowywałaś, a rodzinie współczesnej jakie byłyby to słowa?

Ewa: Wtedy: tradycja, siła, poczucie bezpieczeństwa
         Teraz: pomoc, bezpośrednia opieka, duchowe zjednoczenie.

A.R.: Mam nadzieję, że ta relacja między nami będzie miała swój ciąg dalszy w przyszłości - poprzez rozmowę na inny temat np. o żywności GMO lub o błędach w żywieniu dzieci?

Ewa: Z przyjemnością rozwinę te ciekawe tematy.



* Ewa Sobotowska "Jak mój dziadek zaskoczył Hitlera" - http://www.gandalf.com.pl/os/sobotowska-ewa/

*Maciej Rozdejczer "Bez rewanżu" -
http://www.sklep.gildia.pl/literatura/148694-maciej-rozdejczer-bez-rewanżu



wtorek, 4 sierpnia 2015

Może chcesz "emocjofon" by wywalić wór emocji? Tak, poproszę!







Z ubolewaniem muszę stwierdzić, że czas wakacji jest nie tylko miłym relaksem. Owszem wspólny rodzinny urlop to czas, który spędzamy naprawdę fajnie. Zabawa, odpoczynek i relaks są zabierane do wakacyjnej walizki jak para skarpetek. Funkcjonujemy na luzie, nie mamy obowiązków domowych, szkolnych i tych związanych z pracą, więc i warunki do mniejszej liczby konfliktów są sprzyjające.

Inaczej sytuacja wygląda kiedy jesteśmy w domu. Chłopcy chcąc się nacieszyć zwyczajnym przebywaniem w domu, w swoich pokojach, zdecydowali się na małą ilość wyjazdów (typu kolonie, obozy, półkolonie). Szanuję ich wybór, zresztą sprawa wyjazdów była omawiana na długo przed wakacjami. Przebywanie razem przez długi czas rodzi wiele napięć i konfliktów, między chłopcami i między mną i chłopcami. To w sumie dobrze, bo bez konfliktów nie ma pola do wypracowywania wspólnych rozwiązań  (a dla mnie praktyki w komunikacji zgodnej z filozofią T. Gordona).

Problem pojawia się gdy tych konfliktów do udźwignięcia jest dla mnie zbyt wiele, wówczas następuje przeciążenie łączy i zaczynam krzyczeć (na szczęście dla moich dzieci teraz tylko komunikatami "Ja"*). 

Po fali uniesienia emocjonalnego przychodzi jednak dołek. Mam wyrzuty sumienia, że aż tak bardzo się uniosłam. I w takiej sytuacji marzę o "emocjofonie". Takim telefonie dla rodziców po burzy i w trakcie burzy emocjonalnej. Jak ja bym się wygadała do takiego telefonu, ale bym mu powiedziała, wszystko bym do niego wywaliła - cały wór emocji, że nic by z nich nie zostało! Potraktowałabym taki telefon jak śmietnisko moich napięć i słabości. A po wszystkim poprawiłabym spódnicę i poszła miło spędzać czas z rodziną.

Przyznam, że idea takiego " emocjofonu" nie daje mi spokoju. Mam plan by stworzyć taką linię pomocy dla osób po kursie TSR. 


Magda Kuprewicz


*Przeczytasz o nich w książce Thomasa Gordona, Wychowanie bez porażek czyli Trening Skutecznego Rodzica, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 2014

Szanuję prawa autorskie.
https://www.flickr.com/photos/93095839@N08/